Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 września 2013

Ai Tsao (Artemisia)



Chociaż ten film jest kreowany na kolejną opowieść gejowską, ja bardziej postrzegam go jako obraz z wątkiem o tej tematyce. Bo główną bohaterką tego filmu jest tytułowa Ai Tsao, kobieta przed sześćdziesiątką, której życie wydaje toczyć zwyczajnie. Jej myśli zajmuje przyszłość dzieci, które wychowywała samotnie i teraz jedyne czego pragnie to ich szczęścia. Pomimo tego, że jest dość nowoczesną panią w średnim wieku, syn ją uczy angielskiego, korzysta z komputera, tak naprawdę żyje uwięziona w tradycyjnych relacjach rodzinnych, gdzie głową rodu jest jej matka i to ona ma decydujące zdanie na każdy temat. Jako dobra córka regularnie odwiedza, babcię nestorkę rodu i pomaga we wszystkich uroczystościach rodzinnych. Musi także słuchać nieustających pretensji matki na temat swojej osoby, a także swoich dzieci. Stara się zachować pogodę ducha odnajdując spokój w uprawianiu Tai Chi i życiu jako bardzo pobożna kobieta. 



To co napisałam samej mi się wydaje nudne, ale zapewniam Was, ten film taki nie jest. Pomimo tego, że nie ma tu galopującej akcji ogląda się go z bardzo dużym zainteresowaniem. Tak naprawdę śledzi się proces przemiany kobiety, która musi się dostosować do otaczającego ją świata, żeby zaakceptować swoje dzieci. Jej prawie trzydziestoletni syn w obawie przed matką, ciągle ukrywa przed nią swoją orientację. To co jest nadzwyczaj wzruszające, przedkłada jej dobro nad swoje szczęście, nie jest w stanie zostawić jej nawet na kilka dni, żeby wybrać się w podróż ze swoim chłopakiem. Córka Ai Tsao, z ogromnym poświęceniem ze strony rodziny, zostaje wysłana na studia do Francji. To prawdziwa duma matki i wielkie oczekiwania są związane z jej karierą. Na tym pięknym obrazie idealnej rodziny zaczynają pojawiać się rysy. Wszystkie marzenia związane z przyszłością dzieci muszą uleć transformacji. 




Ai Tsao nie jest głupią kobietą i pomimo tego, że jej syn usilnie próbuje ukryć to, że spotyka się z chłopakiem, powoli domyśla się prawdy, tym bardziej, że ten nowy kolega zaczyna coraz częściej pojawiać się w jej domu. Jest taka piękna scena w tym filmie, kiedy ten o którym matka nie powinna nic wiedzieć, przychodzi niespodziewanie do jej syna i bez problemu porusza się po mieszkaniu znając rozkład pomieszczeń. Tak więc ona, która na widok dwóch chłopców za blisko siedzących w autobusie przesiadała się na drugi koniec autokaru, teraz musi przewartościować wszystko co wcześniej tworzyło jej świat, to za kogo uważała swojego ukochanego syna.

Jeszcze większy szok szykuje jej córka, która po kilku latach wraca nareszcie z Francji. Jednak nie sama, ale w towarzystwie swojej trzyletniej córeczki. Biedna Ai Tsao mało zawału nie dostaje, bo jak to panna z dzieckiem a na dodatek, to mała mulatka z pięknym afro na głowie? To nie do pomyślenia w tradycyjnej rodzinie chińskiej, aby coś takiego przytrafiło się kobiecie. Próbuje wyrzec się córki, ale jej serce łamie się z powodu tego małego, bardzo niespodziewanego, nowego członka rodziny. 



Jest to jeden z piękniejszych portretów kobiety w średnim wieku, zwyczajnej matki postawionej w nadzwyczajnych dla niej okolicznościach, której świat był utkany z innych wartości, zaś dzieci żyją już w tej nowej, dla niej nie do końca zrozumiałej rzeczywistości. To także bardzo głęboka analiza zawiedzionych oczekiwań rodzicielskich, rozczarowań jakie niesie życie, pomimo tylu starań, aby los dzieci toczył się utartymi szlakami. Ten film podobał mi się ogromne także z tego powodu, że nic w nim nie było na siłę, wszystko miało swój czas i znaczenie. Nie czuło się sztuczności, ale naturalność towarzyszenia Ai Tsao w jej codziennym życiu i problemach. Ten obraz wydaje mi się niezwykle prawdziwy, taki dotykający wielu z nas, a przede wszystkim naszych rodziców, dla których często wybory dzieci są niezrozumiałe, ale miłość rodzicielska pozwala nadal trwać przy tych których się kocha bezwarunkowo.



Obejrzałam przez ostatnie dni sporo obrazów ocierających się o tematykę queerową szeroko pojętą, ale w tym filmie jest coś wyjątkowego, co z pewnością zmusza do wielu refleksji na tematy przeze mnie wyżej zaznaczone, co pozwala jeszcze lepiej poznać złożone zależności rodzinne w azjatyckim wydaniu, nie pomijając przekazu uniwersalnego zrozumiałego dla każdego.


Moja ocena 8/10


Film w całości jest dostępny na YT Artemisia

piątek, 6 września 2013

Urodzony Przestępca (Juvenile Offender)



Krótka notka o tym filmie, bo spotkało mnie jakieś święto i na kanale "Ale Kino" obejrzałam przypadkiem koreański dramat. A to dla mnie wydarzenie, że coś koreańskiego w polskiej TV i jakby mus wpisu ku pamięci, że jednak miało to miejsce. Film jest nowy bo z 2012 a na dodatek otrzymał nagrodę na festiwalu w Tokio, ponadto odkryłam właśnie, że jest wytypowany jako reprezentant Korei Południowej do nominacji Oscarowej 2014. Ufff czyli obraz nie byle jaki pojawił się w naszej polskiej stacji. 



Ji Gu ma niecałe 17 lat i już mocno pokomplikowane życie. Wychowuje go bardzo schorowany dziadek, a głównie to ulica staje się jego domem. Wplątany w kradzież ląduje w poprawczaku na jedenaście miesięcy. Pracownicy tej instytucji robią małe dochodzenie i odnajdują matkę chłopca. Udaje się go zwolnić z domu poprawczego pod warunkiem, że matka się nim zajmie. Ji Gu ma pierwszy raz w życiu okazję nie tylko aby spotkać swoją rodzicielkę, ale także by zamieszkać z nią. Wraz z nim przyglądamy się Jang Hyo Seung, trzydziestoparoletniej kobiecie, której życie to ciągły chaos. To walka o podstawowe rzeczy, takie jak praca i dach nad głową.Nic nie jest proste dla matki Ji Gu i dlatego jest mistrzynią w  kombinowaniu, oszukiwaniu, wykorzystywaniu innych. Trzeba jednak przyznać, że odzyskany niedawno syn staje się kimś naprawdę ważnym i pragnie zapewnić mu jak najlepsze warunki na jakie ją stać. Można by po prostu to zamknąć w zdaniu "biedna kobieta, tak się jej życie niezbyt poukładało". Poznając lepiej matkę, chłopak widzi, że to jej cechy charakteru są głównie odpowiedzialne za kompletnie nieuporządkowane życie. Beztroska, lekkomyślność, brak odpowiedzialności, infantylność stają się przyczyną tego w jakiej sytuacji znalazła się Hyo Seung. 



Jego krytyczne spojrzenie jednak musi ulec całkowitemu przewartościowaniu. Kilka tygodni po zwolnieniu z poprawczaka jeden z jego przyjaciół informuje go, że jego dziewczyna Kim Sae Rom jest w przytułku dla młodocianych i niedawno urodziła jego dziecko. Rodzice wyrzucili ją z domu, a brak możliwości utrzymania  siebie i dziecka zmusił ją by oddać synka Ji Gu do Domu Dziecka. Teraz nasz główny bohater spogląda na swoją matkę przez pryzmat swojej dziewczyny. Nagle okazuje się, że historia odtwarza się z niezwykłą wprost dokładnością. Sae Rom, podobnie jak jego matka zostaje bez środków do życia, bez wykształcenia i z piętnem młodocianej matki. Ji Gu postanawia jednak wziąć odpowiedzialność za synka i swoją dziewczynę. Czy mu się uda? Zostawiam Was z tym pytaniem. 


Społecznie na pewno wiele bardzo ważnych pytań padło w tym obrazie. Przede wszystkim nic tutaj nie jest czarno-białe, a wszystkie decyzje, wybory, głównych bohaterów są ogromnie problematyczne i trudno je oceniać jednowymiarowo. Nie jest to także bajka, bo jak to w życiu bywa, nie wystarczy tylko chcieć i się starać ale trzeba mieć też trochę szczęścia, bo wszystko potoczyło się tak sobie to zaplanowaliśmy. 



 Trudno mi ocenić ten film, wiem, że porusza bardzo ważne obszary, jest zaangażowany, dobrze zagrany i niesie obraz nie tej kolorowej Korei, ale tej prawdziwej obejmującej życie zwykłych, biednych ludzi. Jednak do końca nie zrozumiałam przesłania, bo dla mnie jedynym najważniejszym pytaniem jakie stawia ten obraz, to czy ktoś jest w stanie wyrwać się z kręgów w których się wychowuje? Jest taka prawda, że biedę się dziedziczy, pewne zachowania ze środowiska w którym się przebywa także się przejmuje jako własne, tak więc ogromnie trudno to przezwyciężyć i stać się innym. Tylko pytanie czy ten obraz jest odkrywczy, czy tylko jest pewnego rodzaju rejestracją stanu zastanego? Dla mnie to dość przejrzystą analiza problemu urodzonego przestępcy z ciekawym rysem matki, której kolejne potknięcia i błędy nie pozwalają na osiągnięcie stabilizacji.

Moja ocena 6/10

sobota, 10 sierpnia 2013

Bad Romance (Hua Wei Mei)



Ten film to zaskoczenie, niezwykła miła niespodzianka, odkrycie, które z pewnością na długo zapamiętam. Nie miałam żadnych oczekiwań i może dlatego tak bardzo jestem zadowolona, że obejrzałam ten film. Oczywiście znalezisko po kluczu queerowym, a raczej po linkach z youtuba. Myliłby się ktoś, kto chciałby spłycić ten obraz do historii spod znaku LGBT, bo pomimo kluczowych wątków w tych obszarach, opowiada on o rzeczach uniwersalnych, a nie tych bezpośrednio związanych z orientacją.

Mamy więc dramat w trzech aktach. Wszystkie trzy jednak rozgrywają się jednocześnie, istnieją nici, pewne subtelne powiązania, które pozwalają prawie niezauważalnie splatać się tym trzem wątkom.

Xiao jest kobietą, która żyje w oczekiwaniu na tą jedną prawdziwą miłość. Poprzedni związek ją zawiódł, a całe swoje uczucie przerzuciła na syna, który pomimo tego, że istnieje tak naprawdę nie zajmuje jej całego świata. Niezwykle elegancka, delikatna i pełna kobiecego uroku jest z pewnością obiektem pożądania wielu mężczyzn. Chce jednak być ostrożna, nie popełnić żadnego błędu spotykając się z nimi. Dlatego z pewną rezerwą podchodzi do propozycji obiadu z kuzynem swojej znajomej, on jednak okazuje się mistrzem uwodzenia Xiao. Jego subtelne zaloty w niezwykle eleganckim stylu, oczarowują młodą kobietę.Romans wydaje się być tym co jest w stanie wypełnić puste życie Xiao.
Bei Si spotyka po dwóch latach, kogoś kto potrafił w jeden wieczór zawrócić mu całkowicie w głowie. Liu Cong w przeszłości, znika bez słowa, tym razem jednak to on podejmuje inicjatywę by odnowić, dawną przelotną znajomość. Bei Si jest targany sprzecznymi emocjami, z jednej strony jest szczęśliwy, że pojawił się ten na którym mu naprawdę zależy, z drugiej widzi, że za Liu Cong ciągną się sprawy niezamkniętego związku. Kiedy jednak ten staje z walizką w jego drzwiach, właściwie o nic nie pyta przyjmuje go pod swój dach. Jego nowy współlokator utrzymuje jednak nieustającą rezerwę, znika wieczorami i bardzo pilnuje swojej prywatności. Dla zakochanego w nim Bei Si kilka przypadkowych wskazówek jest tak naprawdę dowodem na to, że nie może liczyć na poważny związek, raczej jego mieszkanie stało się jedynie hotelem.

Francois, Loulou i Yasmine spotykają się na konwersacjach z języka francuskiego. Postanawiają poznać się także bliżej, poza zajęciami. Dwie kobiety, Loulou i Yasmine bardzo szybko ulegają wzajemnej fascynacji. Gdzieś z boku jednak ciągle jest Francois, który wyraźnie jest zainteresowany Yasmine. Wzajemne relacje dziewczyn zaczynają go denerwować i pewnego wieczoru uwodzi Loulou jednocześnie dając jej jasno do zrozumienia, żeby zostawiła w spokoju Yasmine.
Pisząc o tych trzech wątkach, myślę sobie banały, a raczej nic nowego, ale w przypadku tego filmu jest coś co go wyróżnia. To sposób w jaki prowadzone są te historie, sposób w jaki mówi się, słucha i patrzy na miłość. Minimum dialogów, maksimum doznań wizualnych i dźwiękowych. Estetyka obrazu naprawdę najlepszej próby, muzyka doskonała, po prostu idealnie pasująca do atmosfery tego filmu. A klimat niezwykły,człowiek ma wrażenie,że historia nie toczy się w zatłoczonym Pekinie a gdzieś na prowincji francuskiego miasteczka. Bo Francja i jej estetyka wzbogacona o kulturę chińską odgrywa zdecydowanie bardzo ważną rolę w tej historii. Cieszę się jednak, że nie jest to film zachodni bo zapewne by zaprzepaszczono to co najważniejsze -emocje, tutaj ich nie zabrakło, za przepiękną fasadą z obrazu, kryje się tak wiele uczuć; miłość, zazdrość, fascynacja, pożądanie, tęsknota, samotność. To wszystko dotyka siódemkę głównych bohaterów, są uwikłani w swoje oczekiwania, których spełnienie właściwie jest niemożliwe. Życie daje raczej gorzką lekcję miłości niż zakończenie z happy endem. Film jednak nie stawia jednoznacznych odpowiedzi, reżyser i scenarzysta i odtwórca roli Francois w jednej osobie, Francois Cheng, pozostawia widza raczej z wieloma pytaniami, dotyczącymi za równo samej fabuły jak i istoty uczuć, które targają głównymi bohaterami.


Może całość nie zrobiłaby na mnie aż takiego wrażenia gdyby nie jeden z aktorów, który przykuł całkowicie moją uwagę. Will Bay grający nieszczęśliwie zakochanego Bei Si to niezaprzeczalnie gwiazda tego filmu. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy przeczytałam, że był to jego debiut. Podziwiam więc mistrzostwo w sferze gry aktorskiej. Nie mogłam wzroku od niego oderwać, nie tylko jego przystojność miała znaczenie, ale było coś w tym jak prowadził tą postać, co mnie wzruszało, co pozwoliło na to by całkowicie uwierzyć w cierpienie i zagubienie jego bohatera.

Dla mnie osobiście mistrzowskie dzieło, z widoczną, lecz mi nie przeszkadzającą manierą naśladowania wybitnych ludzi kina zachodniego. Symboliką, która momentami jest odrobinę przesadzona i zbyt natarczywa, ale bynajmniej nie męcząca. I jeśli ktoś chce ten film upchnąć pod sztandarem jedynie LGBT, to będzie to niezwykle wąskie spojrzenie na ten obraz. To była próba uchwycenia tego co ulotne, oniryczne, co dotyka każdego człowieka, ale tutaj mamy wszystko w bardzo poetycki sposób podane. I taka stylistyka bardzo do mnie trafia. No ale ja czasami jestem dziwna, dlatego daje tak dużo punktów.

Moja ocena 9,5/10

czwartek, 8 sierpnia 2013

Piękny Bokser



Słyszałam już wcześniej o tym filmie, jego tytuł przewijał się na różnych branżowych listach, ale nie było okazji aby go obejrzeć. Zahaczając temat ladyboys ponownie się przypomniał i stwierdziłam dlaczego by nie zerknąć na dzieło Ekachai Uekrongthama

Historia wciąga od pierwszych mrocznych kadrów, kiedy to wędrujemy wraz z pewnym dziennikarzem po klubach i ulicach Bankoku w poszukiwaniu Nong Tooma, sławnego tajboksera. Poszukiwania kończą się sukcesem i po sporym zamieszaniu na ulicy udaj się spotkać Tooma, który obecnie wygląda jak kobieta. Dziennikarz nie ma większych problemów z namówieniem gwiazdy bokserskiej by opowiedziała swoją historię. Poznajemy więc losy małego chłopca, który już jako parolatek jest niezwykle zafascynowany wszystkim co pozwoli mu choć przez chwilę czuć się jak dziewczynka. Ukradkiem lub czasami bardziej jawnie próbuje to podkreślić makijażem i strojem. Jego rodzina zauważa co się dzieje z małym Toomem, ojciec jest zaniepokojony, że stanie się transwestytą, matka przyjmuje to z większym spokojem. Losy przyszłego mistrza są naznaczone wieloma rozterkami w związku z rozdarciem pomiędzy tym jak się czuje a jakie posiada ciało. Ani religia, ani przyjaciele czy rodzina nie rozwiązują mentalnych dylematów młodego człowieka. Jest jednak ktoś, kto daje mu wskazówkę, coś co pozwala mu mieć nadzieję, że kiedyś odnajdzie spokój. To wędrowny mnich, któremu towarzyszy mały Toom, na pytanie chłopca o to " czy jeśli będzie spełniał dobre uczynki w tym życiu, spełni się to czego pragnie w przyszłym wcieleniu?" odpowiada " że ta nagroda może go spotkać już teraz". To jedna z piękniejszych scen, niosąca ziarno wyzwolenia, poczucia, że wszystko jest możliwe.
To co jednak jest priorytetem dla małego a później młodego Tooma to pomoc rodzinie, która żyje w strasznej biedzie. Wyrastając na postawną ale niezwykle delikatną osobę, jest ostatnim człowiekiem, którego można by posądzać o to, że lubi się bić. Bardziej z przypadku niż świadomie zostaje wciągnięty na ring podczas festynu i wygrywa walkę. Duża nagroda pieniężna, robi na naszym bohaterze ogromne wrażenie, dzięki niej jego bliscy mają przez wiele dni co jeść. Po wielu wahaniach, rozpoczyna treningi tajbokserskie. On ,który nie jest w stanie nikogo uderzyć, który nie umie się bronić, musi przełamywać swoją nieśmiałość, swoją delikatność by móc pokonać przeciwnika.Szkoleniowcy dostrzegają jego talent a on sam odnajduje piękno w tym sporcie, dzięki czemu łatwiej mu się w nim doskonalić. Jego tajemnica pragnienia bycia kobietą jednak wychodzi na jaw, trener dowiaduj się, że Toom uwielbia nakładać sobie makijaż, postanawia wykorzystać to jako atut marketingowy, by zwiększyć zainteresowanie walkami swojego podopiecznego. I tak swoją pozorną słabość Toom zaczyna przemieniać w siłę, czym więcej z niego szydzą, tym mocniej uderza.

Parinya Kiatbusaba

Ten scenariusz napisało życie a nie uzdolniony scenarzysta. To prawdziwa historia Parinya Kiatbusaba znanej jako Nung Toom. Gwiazdy boksu tajskiego, która dość szybko dostrzega, że to wszystko co się wokół niej dzieje to cyrk, tworzony ku uciesze publiczności, a ona sama coraz mniej odnajduje się w tym co ją otacza. Najbardziej chyba boli to, że jest oskarżana o to, że udaje transseksualistę tylko po to by przyciągnąć tłumy na swoje walki. Zaczyna także uświadamiać sobie, że już dłużej nie jest w stanie tak funkcjonować, ani żyć w zawieszeniu pomiędzy płciami.

Film naprawdę niezwykle pięknie opowiada o zagmatwanym życiu osoby uwięzionej nie w tym ciele, które powinno być jej przeznaczone. O walce nie tylko społecznej o prawo bycia sobą, ale przede wszystkim tej wewnętrznej burzy, która niesie ogromne cierpienia związane z rozbieżnością pomiędzy tym jak się jest postrzeganym a co się czuje. Ten obraz opowiada także o tym, że już jako kobieta, pomimo spełnienia swojego największego pragnienia, Parinya tęskni za Toomem. Niesie też przesłanie, by być po prostu sobą, że czasami to co się wydaje, że inni nie zaakceptują stanie się czymś co pozwoli spełnić marzenia, dokona się to co było przeznaczone, ale na skutek pomyłki tylko odroczone w czasie.

Trudne kwestie, ale niezwykle piękny sposób opowiedziane. Jeśli kogoś interesuje ta tematyka lub chce ją poznać bliżej- polecam
Moja ocena 7/10

czwartek, 9 sierpnia 2012

The Prince of tennis (film)



Nastrój wielce sportowy, spowodowany olimpiadą, skłonił mnie do tego aby odpalić ten film. Ostrzeżenia co prawda do mnie docierały, że wiele osób jest rozczarowanych. Stwierdziłam jednak że skoro nie oglądałam anime, nie mam punktu odniesienia będę do tego tytułu podchodzić bez większych obciążeń.

Ryoma Echizen jest niezwykle utalentowanym tenisistą. W wieku 12 lat jego ojciec ściąga go ze Stanów do Japonii by zaczął trenować w Seigaku. Uważa że właśnie tam chłopiec rozwinie jeszcze bardziej swoje ponadprzeciętne zdolności. Ryoma to jednak zawodnik dumny , znający swoją wartość i uważający że ten pobyt nic mu nie da. Początkowo ten "karzełek" musi przekonać do swojej gry swoich kolegów ze szkoły. Udaje mu się to doskonale bo z wszystkimi z tenisowych potyczkach wygrywa, budzi podziw u starszych uczniów ale także niechęć do swojego aroganckiego zachowania. Stoicki spokój względem chłopaka zachowuje jedynie kapitan drużyny szkolnej. Personalnie nie dociska Ryomy a docenia jego umiejętności.


Zbliżają się jednak dużej rangi zawody międzyszkolne w których Seigaku, zawsze przegrywało. W tym roku jest Ryomy w drużynie i wszyscy mają nadzieję ze się uda przełamać impas. Chłopak jednak informuje że woli jechać do Ameryki na kolejny turniej niż reprezentować swoją szkołę. Stawia to kapitana w ogromnie trudnej sytuacji, ponieważ on sam ma zakaz od lekarza uczestniczenia w zawodach, nikomu jednak nie zdradza tego sekretu. Zrobi jednak wszystko by honor szkoły nie ucierpiał.


Tak naprawdę ten film jest ciekawy z jednej psychologicznej płaszczyzny. Mam wrażenie że była to tresura prawie Amerykanina, do poziomu wymagań japońskich, czyli jak ważna jest praca w kolektywie, że należy poświęcić swoje indywidualne korzyści na rzecz ogółu i to musiał zrozumieć główny bohater wychowywany w Stanach.

Sam film to nieustające potyczki tenisowe w animowym stylu, co kompletnie mi nie przeszkadzało. Za to brak akcji pomiędzy i owszem. Tak samo jak zakładanie że wszyscy znają tę historię i nie wymaga tłumaczenia pojawianie się jakiś wątków czy postaci. Kulawy scenariusz i to mocno.
Arogancja głównego bohatera także mnie nie przekonała. Właściwie głównie czerpałam przyjemność z odkrywania starych znajomych znanych mi z innych produkcji których tu była niezła gromada.


Dla kogo ten tytuł? Dla osób które chcą zabić nudny wakacyjny czas jeśli już naprawdę nie mają co począć ze sobą. Choć mimo wszystko z dedykacją dla niektórych polskich sportowców w kwestii ambicji i woli walki na korcie tenisowym i nie tylko. Tego Japończykom z pewnością nie można odmówić.

P.S Przeczytałam że powstał także musical na podstawie tej mangi. Oooo naprawdę szacun jak można stworzyć musical ze sportowych potyczek, nie bardzo wiem ale jak widać mieszkańcy kraju kwitnącej wiśni wiedzą jak to zrobić :)


Moja ocena 5,5/10

niedziela, 22 lipca 2012

M.Butterfly



Obejrzałam ten film z polecenia mojej mamy. Słowa "to w Twoich klimatach" były wystarczającą zachętą. Nie chce zagłębiać się co dokładnie moja rodzicielka miała na myśli, bo mogę naprawdę dojść do niebezpiecznych wniosków. Tak czy inaczej, pierwszy raz od dłuższego czasu sięgnęłam po zachodni film. A mam z ich oglądaniem coraz większy problem.

Wybaczcie ale od kilku dni się głowię jak opisać fabułę by nie zdradzić istoty a zarazem, przekazać te kilka zdań które nasunęły mi się po jego obejrzeniu. Umówmy się tak że zaznaczę w którym miejscu rozpocznę niebezpieczne spamowanie, nie dla tych którzy naprawdę chcą ten seans przeżyć zgodnie z intencją twórców.

Człowiek w obcym państwie w nieznanej kulturze naprawdę może się zagubić. Z jednej strony wszystko wydaje mu się tajemnicze i urzekające z drugiej niebezpieczne i niezrozumiałe. Rene Gallimard jest francuskim dyplomatą, którego los rzucił do Chin. W okresie kiedy rewolucja kulturalna szalała w najlepsze, groźba następnej wojny nieustająco wisiała na włosku, a jednym z nielicznych mocarstw które miały swoje placówki dyplomatyczne w państwie środka, była właśnie Francja. Rene na jednym z oficjalnych przyjęć podziwia wykonanie arii z opery Madame Butterflly wykonywaną przez artystkę opery chińskiej. Udaje mu się zamienić kilka słów z słynna divą, która z miejsca wywraca jego światopogląd na temat tego jaki stosunek do tej opery mają Azjaci. Zaprasza go by odwiedził operę chińską, poznał prawdziwe kulturowe dziedzictwo wschodu. On już jest zafascynowany słowami, gestami i wszystkimi tymi przemilczeniami jakimi został obdarzony przez artystkę. Oczywiście rusza na spektakl, jest jedynym białym na widowni ale to kompletnie nie ma znaczenia. Bo aura plus tajemnicza Song Liling już go skutecznie uwiodły.


Biedaczek nie zdaje sobie sprawę, że właśnie wpadł w potrzask. On żonaty mężczyzna wdaje się w romans z Azjatką. On awansujący coraz wyżej dyplomata jest tak naprawdę tylko narzędziem w rękach Chińskiej Partii Ludowej, której szpiegiem jest Song Liling. Rene tego nie widzi,a skromna, potulna, cicha, ale niezwykle elokwentna diva operowa zawładnęła jego zmysłami. Jest ślepy na tyle rzeczy, bo orientalny romans staje się tak naprawdę ziszczeniem jego marzeń, kobiety zachodu go męczą. A Chinka utrzymuje jego zainteresowanie, podsycone informacją że spodziewają się dziecka. Ona znika na kilka miesięcy, by powrócić w odpowiednim czasie z "dostarczonym" przez Partię podstawionym dzieckiem. Jednak Song Liling twierdzi że jest nieustająco pod kontrolą władz i muszą się rozstać. I tak ich kontakt się urywa na długie lata.


Spamowanie jak blogowanie, lekko łatwo i przyjemnie Wszystko co poniżej nie dla tych co nie lubią wiedzieć jak film się kończy.


Już sama treść filmu opisanego do tego miejsca wydaje się być ciekawa. Ale jak się domyślacie nie sięgnęłabym raczej po film szpiegowski, gdyby w tym filmie nie było tego czegoś w postaci zaskoczenia na którym miała się opierać cała fabuła. Widz od pierwszej klatki tego filmu jest poinformowany, że historia miała rzeczywiście miejsce. Nikt jednak by nie pisał sztuki (bo takowa powstała i cieszy się niesłabnącą popularnością) i nie kręcił filmu na podstawie tych wydarzeń gdyby to była kolejna historia o szpiegach. To jest opowieść o tym jak skutecznie można człowieka zachodu omamić. Song Liling tak naprawdę był mężczyzną a jego techniki uwodzenia jak widać były perfekcyjne. Był doskonały w tym co robił. A ignorancja i brak wiedzy na temat kultury kraju w którym przyszło funkcjonować Rene, zemściły się na nim. Pękło jego idylliczne wyobrażenie o romansie doskonałym, został oszukany, wykorzystany i poniżony, stał się także zdrajcą swego kraju. Prawdziwy bohater tej opowieści był pośmiewiskiem dla całej Francji. Na procesie sądowym ze szczegółami zanalizowano wszystkie wydarzenia a były dyplomata trafił na wiele lat do więzienia.


Ja jednak nie o tym, bo opowiedziałam całą historię. Ja tylko chce napisać, że każdy kto ma choć blade pojęcie o tradycyjnej operze chińskiej czy np. japońskim teatrze kabuki, doskonale wie że tam kobiety nie mają wstępu na scenę. Nie będę się zagłębiać już w bardziej intymne aspekty historycznych zaszłości i tradycji w tym względzie, gdzie kreatorzy ról żeńskich nie rzadko byli obiektem westchnień i pożądania całej rzeszy fanatycznych widzów obu płci. To wszystko prawda, ale naprawdę Song Liling musiał być mistrzem nad mistrzami skoro udało mu się tak długo ukryć swoją płeć. Szczerze dla mnie to trochę niepojęte ale... skoro miało miejsce to zapewne tak było.


Wbrew całej otoczce, niesamowitej emocjonalnej płaszczyźnie, ten film mnie jednak odrobinę rozczarowuje. Wierzę i jestem pewna że Azjaci zrobiliby go lepiej, na poziomie uczuć byliby w stanie z tej historii wyciągnąć jeszcze więcej. Jaremy Irons w roli głównej, jak zwykle świetny, dźwiga ten film. Ja nie miałam żadnych problemów, w przeciwieństwie do głównego bohatera, z rozpoznaniem od pierwszego momentu, że Rene zakochuje się w mężczyźnie. John Lone, który wcielił się w rolę divy operowej, grał naprawdę bardzo ale bardzo dobrze ale był dla mnie za zachodni. Boże naprawdę nie wiem co ja piszę, ale tak czuje. Wiem że "M.Butterffly" był kręcony prawie 20 lat temu ale myślę że teraz znalazło by się mnóstwo aktorów którzy jeszcze lepiej mogliby omamić nie tylko Rene ale także mnie jako widza. Nie do końca moim zdaniem przejrzyście były pokazane wszystkie skomplikowane zależności i motywy bohaterów. Za to bardzo duży nacisk kładziono na analogię z operą Puccciniego. Nieustannie obecny zachodni punkt widzenia, właściwie jednostronna perspektywa człowieka we Wschodnim potrzasku kulturowym i politycznym. Nie będę się czepiać za bardzo, bo historia z pewnością warta poznania i siła w tym filmie tkwi dla mnie w pierwszych słowach "Te zdarzenia są oparte na faktach". Oraz w stwierdzeniu że świat iluzji jaki stworzył Lilang dla Rene, był światem doskonałym z którego ten nigdy tak naprawdę nie chciał się obudzić.
Film o ignorancji "białych diabłów" jak nas ładnie nazywają Chińczycy, zapewne także o tym że duma, przeświadczenie o tym że cokolwiek się kontroluje jest bardzo mylące. A tak naprawdę jest to obraz o tym że stan euforycznej miłość musi się karmić złudzeniami, które należy podtrzymywać, inaczej rzeczywistość może ją nieprzyjemnie zmieść.

Moja ocena 7,5/10

wtorek, 10 lipca 2012

Love of Siam


Upały ewidentnie mają taki wpływ na mnie, że za dużo oglądam filmów w tematyce około yaoistycznej. Zapewne ma to jakiś związek, ale jest za gorąco aby to analizować ;) Wracam do starych tytułów sięgam po nowe. Jednym z nich jest "Love of Siam", którego nigdy wcześniej nie widziałam. Obyczajowe niezłe kino, z dobrą grą aktorską. Co w taiwańskich filmach wcale nie jest regułą. Historie są ciekawe ale realizacja i poczynania aktorów często dają wiele do życzenia. Ten obraz do takich na szczęście się nie zalicza.

Tong (Mario Maurer) i Mew (Witwisit Hiranyawongkul) są sąsiadami. Razem się wychowują i razem chodzą do szkoły. Opiekują się sobą nawzajem. Mew ma ukochaną babcię która jest jego mentorem i powiernikiem w życiowych problemach. Tong posiada szczęśliwą i kochającą się rodzinę. Każdy z chłopców czuje się bezpiecznie w swoim małym świecie. Ten spokój jednak ulega zachwianiu. Starsza siostra Tong'a ginie bez wieści. Długie miesiące poszukiwań nie przynoszą rezultatu. Rozpacz i ból po tym co się wydarzyło kompletnie burzy normalne relacje w domu Tonga. Chłopak w tym wszystkim jest mocno zagubiony, ale zawsze może liczyć na swojego przyjaciela Mew. To jednak także zostaje mu odebrane, rodzice decydują się na przeprowadzkę. Mew i Tong tracą kontakt ze sobą.



Mija kilka lat, które w życiu każdego z chłopaków wprowadziło same zmiany. Mew stoi u progu kariery muzycznej, ma swój zespół, nagrywa pierwsze utwory. Tong z kolei nadal się boryka z problemami rodzinnymi. Nic odkąd jego siostra zaginęła, nie wróciło do normy. Ojciec właśnie zapija się na śmierć, matka próbuje utrzymać męża przy życiu, ale tak naprawdę funkcjonuje gdzieś obok, chowając głęboko swój ból po stracie córki. W tym momencie los ponownie pozwala się Mew i Tongowi spotkać, przypadkowo na ulicy wielkiego miasta.



Nie wiem jak dla innych ale dla mnie nie jest to tylko film o budzącej się świadomości swoich preferencji. Bo bohaterowie są bardzo młodzi i wszystko rozgrywa się na poziomie niewinnych nastoletnich zauroczeń. Ich wątku nie odbieram jako wiodącego i wyłącznie głównego. Bo od momentu kiedy chłopcy ponownie się spotykają, za równo ich uczuciowe rozterki jak i domowe problemy Tonga są równie istotne. W jednym i drugim przypadku zostało właściwie wszystko rozłożone na części pierwsze i w piękny i mądry sposób opowiedziane. Rozpacz rodziców po stracie dziecka, odsunięcie na bok syna, który nadal wymagał zainteresowania, ale jego potrzeby przestały istnieć. Chłopak szukał pocieszenia i wsparcia. U dziewczyny go nie znalazł, bo była tak naprawdę obcą mu osobą. U Mew, który znał go wiele lat i owszem.


W tym filmie jest kilka naprawdę interesujących postaci, które dają takie poczucie, że jest to film azjatycki, że ludzie zachowują się zgodnie z wrażliwością tamtego regionu świata. Chociażby przyjaciółka Mew, która jest beznadziejnie i bez wzajemności zakochana w młodym piosenkarzu a pomimo świadomości że nic z tego nie będzie wspiera nieustająco Mew. Czy też June, młoda agentka która zgodziła się udawać, właściwie zagrać rolę zaginionej dziewczyny, by wesprzeć ojca Tonga w walce z chorobą. I matka Tong'a która w rozpaczy że znowu świat jej się wali pragnie za wszelką cenę zapobiec rodzącemu się uczuciu pomiędzy Mew i Tongiem, ale ostatecznie mówi piękne słowa: "Wybierz synu to co dla ciebie jest najlepsze".

Echhh są w tym filmie takie sceny i takie sentencje które zapadają w sercu człowieka. Widziałam lepsze filmy ale przyznaje, że momentami magia w tym obrazie jest. Nie dziwne że nastolatkowie szaleją za tym tytułem. A takie wyznanie miłości jakie napisał Mew, naprawdę robi wrażenie. Scenka dla tych co się chcą pospamować tutaj.Piosenka niezwykła w swym przekazie!
Przyznaje że chłopak grający Tonga czyli Mario Maurer, zwrócił moją uwagę i słusznie jak się okazuje bo za tą rolę dostał jakąś ważną nagrodę. A na marginesie po tych kilku latach nieźle się prezentuje, sprawdziłam to sobie:)



Historia ładnie i sprawnie opowiedziana. Poprowadzona w delikatny i mądry sposób z charakterystyczną azjatycką wrażliwością na potrzeby innego człowieka. Moim zdaniem dobry obyczajowy film. Jeśli ktoś lubi takie klimaty i nie broni się przed wątkami Boys Love, chociaż tutaj naprawdę jest wszystko potraktowane z wyczuciem, może z pewnością sięgnąć po "Love of Siam"

Moja ocena 7/10

poniedziałek, 9 lipca 2012

Ai No Kotodama


Jest to jeden z nielicznych filmów z gatunku Boys Love, który nie sięga po martyrologię związków męsko-męsko. On jest jak mangi yaoi, z odrobiną zawirowań uczuciowych, które przecież muszą istnieć, ale wszystko toczy się w pozytywnym nastroju. Dlatego od czasu do czasu przypominam sobie historię Tachibany i Ootani.



On ,on i ona. Trójkącik klasyczny. Tachibana (Yasuka Saito) i Ootani (Hidenori Tokuyama) razem wynajmują mieszkanie. Doskonale się rozumieją i dogadują. Właściwie na studiach i w wolnym czasie są nierozłączni. Tam gdzie jeden tam i drugi. Ootani trochę gburowaty zamknięty w sobie i wesoły kontaktowy Tachibana. Właściwie pełnia szczęścia, studia, praca i przyjaciel u boku. Pojawia się jednak śliczna ona, czyli Yuki, dawna koleżanka ze szkoły. Wydaje się być zainteresowana Tachibaną i zaczyna się kręcić wokół chłopaków. A pomiędzy nimi wzrasta napięcie, czym bliżej jest Yuki, tym bardziej zagrożony czuje się Ootani. Zaczyna coraz wyraźniej zdawać sobie sprawę z tego że jego relacje z Tachibaną to coś więcej niż przyjaźń. Zazdrość zaczyna kłaść się swoim cieniem na to co łączyło do tej pory chłopaków.

Siłą "Ai No Kotodama" jest nie obciążanie widzów nieustającymi problemami. To historia dwóch chłopaków, którzy muszą zdefiniować do końca swoje relacje. Podana w radosny, miejscami nawet animowy sposób. Trochę słodki momentami, odrobinę przerysowany, ale mi kompletnie to nie przeszkadzało. Istnieje fabuła i ten film jest o czymś, to następny jego plus. Nie ma mocnych scen łóżkowych i zbyt wielu rozdzierających dylematów. Jest dziewczyna, trochę zagubiona w tym trójkącie, to prawda, ale ja przyznaje że nie kibicuje jej zbyt mocno. Ba jestem jej w pewien przewrotny sposób wdzięczna, że się pojawiła by stać się induktorem zmian w życiu chłopaków.


Naprawdę nie rozumiem dlaczego takich mang jak Ai No Kotodama Japończycy nie ekranizują więcej. Przecież jest ich cała masa i świetnie się na nich bawimy. Jeśli ktoś zna tytuły filmowe w podobnych klimatach, będę wdzięczna za wskazanie. Choć zdaje sobie sprawę że to nic nowego i odkrywczego to jednak ten film jest w kategorii pozytywne Boys Love jednym z moich ulubionych :)

Moja ocena 7/10

niedziela, 8 lipca 2012

You are my pet



Do tego filmu można podejść poważnie i bardzo się zawieść, albo potraktować z przymrużeniem oka i się nim bawić. Ja jestem gdzieś po środku. Bawiłam się nieźle, ale nie mogę powiedzieć że "You are my pet" mnie oczarował.


Pewna redaktorka ważnego pisma jest już lekko zawiedziona swoimi związkami z mężczyznami. A samotność biedaczce zaczyna doskwierać. Koleżanki nieustająco zachwalają instytucję zwierzaka w domu, jako wiernego i oddanego towarzysza. A przede wszystkiego takiego, którego można kontrolować. To się wydaje idealnym rozwiązaniem dla Ji Eun Yi (Kim Ha Neul) i zaczyna się rozglądać za małym szczeniaczkiem. Do zakupu jednak nie dochodzi, bo brat przyprowadza do domu przyjaciela. Tancerza który aktualnie nie ma się gdzie podziać. Eun Yi jest przeciwna ale po drobnych pertraktacjach zgadza się żeby ... został. Stawia jednak warunek, chłopak ma wejść w rolę jej psa o wdzięcznym imieniu Momo. Piesek jak to piesek, musi całkowicie się podporządkować właścicielce inaczej dosięgną go dotkliwe kary. Desperacja lokalowa lub urok młodej pani, a zapewne jedno lub drugie, sprowadza Kang In Ho (Jang Geun Suk) do roli domowego pupilka. Wywiązuje się z tego zadania na tyle dobrze, że właścicielka zapomina momentami, że to jednak człowiek. Mimo wszystko wygląda na to, że obydwoje bawią się doskonale. On jako słodki piesek, ona jako groźna i wymagająca pani , nie zapominająca o potrzebach swego podopiecznego.
Dziwny układ? To mało powiedziane. Ale tworzący mnóstwo zabawnych sytuacji, które nadają lekkości tej komedii.


Od razu uprzedzam, że miałam obawy przed obejrzeniem tego tytułu. Po pierwsze Suk, zapędzony mocno w androgeniczny wizerunek. Nie lubię go aż tak wystylizowanego. Po drugie znowu Suk, który był w apogeum chyba swego wychudzenia i przemęczenia pracą. Reanimacje kroplówkami na planie filmowym, to już mocna przesada. Entuzjazmem więc nie pałałam by ten film zobaczyć. Nie było jednak tak źle jak się spodziewałam. I naprawdę nie wiem czy to Sukki ,i chęć matkowania mu hahahaha, po raz kolejny wprowadziło mnie w doskonały humor. Fabuła sprzyja by ponownie przygarnąć biednego pieska i się nim zaopiekować. Psy jednak kiepsko tańczą, więc niech się lepiej nie zabierają za takie wyzwania jeśli nie muszą ;)


Tak naprawdę to komedia jakich wiele, z nie do końca przemyślanym scenariuszem, troszkę pourywanymi wątkami, ale spokojnie bez problemu podąża się za koncepcją, która jest mało skomplikowana. Nie analizując głębiej zakrętów psychiki ludzkiej, których meandry momentami są aż nazbyt zagmatwane, można sięgnąć po ten film i miło i nie zobowiązująco spędzić czas.

Moja ocena 6/10

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Too Beautiful to Lie



Ju Yeong Ju (Kim Ha Neul) poznajemy w więzieniu. Właśnie próbuje za wszelką cenę odzyskać wolność i daje popis wszech czasów. Czyli pełną rozpaczy i do głębi przejmującą historię którą sprzedaje komisji penitencjarnej decydującej o warunkowym zwolnieniu. Członkowie rzewnymi łzami zalali się pod naporem opowieści o trudnym i ciężkim życiu Yeong Ju i jej ogromnej miłości do siostry której całe życie pomagała. Dziewczyna zwolnienie otrzymuje a my niewątpliwą wiedzę na temat tego, że w kłamaniu mamy do czynienia z prawdziwą mistrzynią.



Ju Yeong Ju rusza na ślub siostry, z czego ta akurat nie jest zbyt zadowolona, podpowiem jednak że tam nie dotrze, bo po drodze w pociągu .... No cóż, trzeba im jedno przyznać, normalnie się nie spotkali. Kiedy ona na chwilę usypia, ukołysana stukotem kół, on w swej nieuwadze upuszcza pierścionek i to gdzie, między jej nogi. Choi Hee-Cheol (Kang Dong Won) ma tylko jeden pomysł zanurkować pomiędzy dwa kolanka tej śpiącej dziewczyny i natychmiast odzyskać to cenne preciozo. To pierścionek jego matki który z namaszczeniem wiezie dla swej narzeczonej. Nie dziwne, że chłopak był w takiej desperacji, właściwie z miejsca mu wybaczamy. Gorzej z Yeong Ju która w kluczowym momencie, gdy jego głowa chowa się pod jej spódnice, budzi z drzemki i jak łatwo się domyśleć wpada w furię. Dochodzi do ogromnej awantury, nieporozumienia niby wyjaśnione ale jakoś tak nie do końca wybaczone. Ale kłopoty tej dwójki dopiero się zaczynają. Yeon Ju spostrzega, swym fachowym okiem, że tego faceta niedorajdę właśnie ograbiają z pierścionka i rusza za złodziejem, wysiadając z pociągu. Jej pogoń kończy się sukcesem, odzyskuje skradzioną rzecz ale pociąg odjeżdża a wraz z nim jej bagaż.




Echh życie nie jest proste, trzeba natychmiast odsunąć wszelkie podejrzenia od siebie i zwrócić pierścionek, bo Yeon Ju wie że na warunkowym zwolnieniu nie ma żartów. Ze szczątkowych, ale jakże istotnych informacji które zdążył wykrzyczeć Hee-Cheol, dumny farmaceta, dziewczyna odnajduje jego rodzinne miasteczko. Nie wie jeszcze że ta niepozorna mieścina to cosa nostra prowincji koreańskiej. Macki pełne troski i zaangażowania sięgają wszędzie, czyli wszyscy się znają, wszyscy właściwie są spokrewnieni i wszystko o sobie wiedzą. Obca dziewczyna z pierścionkiem zaręczynowym Hee Cheola, natychamist zostaje przyporządkowana jako narzeczona młodego farmaceuty i zaadaptowana do rodziny. Yeon Ju ratując sytuację brnie w coraz to bardziej zawiłe kłamstwa. Tutaj jej talent w nie mówieniu prawdy ma swoje pole do popisu, niby w dobrej wierze buduje coraz to nowe historie na temat swego związku z Hee Cheol'em. Rodzina jest pełna dobrej woli i troski o ich związek i służy wszelką pomocą narzeczonej. A gdzie w tym czasie się podziewa główny bohater opowieści? Ano próbuje się oświadczyć swej wybrance i w kulminacyjnym momencie przekonuje się że pierścionek znikł. Po powrocie do rodzinnej miejscowości popada w lekki obłęd, bo tylko on twierdzi że nie zna tej dziewczyny, która właśnie rezyduje w jego domu jako jego narzeczona.



Typowa komedia pomyłek, ze wspaniałym zapleczem rodzinnym, które na kształt familii włoskiej swoimi mackami zagarnia i na siłę przytula do serca. A jak się potoczy historia tych dwojga, kto ciekawy niech sięgnie po ten film. Schematy wszelkiej maści zapewnione ale bardzo przyjemnie się je śledzi. Pierwsza część naprawdę bardzo zabawna. Szczególnie główna bohaterka to postać zapadająca w pamięć i bardzo dobrze zagrana. Jego, trochę za mało w tym filmie i taki odrobinę przytłoczony przez główną heroinę ale słodziutki, przyznaje:) Właściwie "Too Beautiful to Lie" zachowało w sobie schemat dramowy, czyli mocne uderzenie na początku, mnóstwo humoru i śmiesznych sytuacji, druga część to stonowanie i uczuciowe zawirowania. Ale tym co stoi ten film to rodzinka pana młodego. Do polecenia jako niezobowiązująca komedia na przyjemne letnie popołudnie.

Moja ocena 7/10

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Bishonen



To jest film zanurzony w zeszłym wieku, z jego atmosferą,strojami i fryzurami. Opowiada jednak o rzeczach uniwersalnych, których ani epoka ani środowisko nie determinuje, a które dominują w obrazach z gatunku Boys Love: nieszczęśliwa miłość, brak akceptacji związków gejowskich, czy niestałość partnerów. "Bishonen" mimo wszystko się wyróżnia, po pierwsze ciekawą historią po drugie klimatem.

Młody i piękny, pewny siebie i swego wdzięku, oto jaki jest Jet (FUNG Stephen). Te wszystkie atuty bardzo zwiększają atrakcyjność tego ciała, które codziennie jest wystawiane na sprzedaż.Jet bryluje w przybytku pod wdzięczną nazwą "Zatoka SM", miejsca dla nocnych kowboi, jak to słodko określa jego szef. Dla kontrastu urody Jet'a, widzimy tego przystojniaka najczęściej w ramionach starszych i mocno obleśnych facetów, z kowbojami raczej mało mają wspólnego. Jego wyznanie pt" Jeszcze nigdy się nie zakochałem", w tym kontekście wcale ale to wcale nie dziwi.


Ten stan się jednak zmienia, któregoś popołudnia na ulicy dostrzega pewną parę. Kobietę i mężczyznę, którzy emanują tak pozytywną energią, serdecznością i pięknem, że chłopakowi wystarczy jeden uśmiech posłany w jego kierunku by się w nich zakochać. Śledzi tę parę, ale nie ma odwagi zaczepić ich bezpośrednio. Opowiada całą historię swojemu współlokatorowi. Uczynny kolega, drukuje w gazecie ogłoszenie, że Jet poszukuje tajemniczego przystojniaka z pięknością u boku. Anons nie przynosi rezultatów ale przeznaczenie jednak znowu się odzywa i panowie spotykają się na ulicy. Sam (Daniel Wu), bo takie jest imię tajemniczego mężczyzny, jest policjantem i patroluje ulice Hong Kongu , rozpoznaje Jet'a i proponuje mu później spotkanie.


Chłopak jest jak w amoku, nocami sprzedaje swoje ciało a w dzień umawia się na "randki" z Sam'em. Ale proszę sobie nie wyobrażać za dużo.Są to grzeczne posiadówki z rodzicami ukochanego przy smacznej kolacji i jeszcze ułożone rozmowy na temat życia. Sam nie wysyła jakichkolwiek jasnych sygnałów w kierunku zdesperowanego Jet'a. Ten jednak i tak jest szczęśliwy i coraz bardziej zakochany w opanowanym, spokojnym, miłym a przede wszystkim zmysłowym Samie. Zadowoleni są także rodzice, że syn nareszcie znalazł przyjaciela. Oczywiście nawet w najśmielszych myślach nie podejrzewają że tych dwoje może łączyć coś więcej poza przyjaźnią

Dobry policjant, kochający i uczynny syn, oto jak jest postrzegany Sam. Ogromnie związany ze swoją rodziną a jego szacunek dla matki i ojca determinuje całe jego życie oraz utrzymywanie swoich preferencji w tajemnicy by ich nie ranić. Jego przeszłość kryje jednak mnóstwo mrocznych tajemnic. Odkrywamy, że kilka wątków przewijających się podczas filmu,z pozoru odrobinę oderwanych od głównej historii;, fotografa pornograficznych zdjęć, współlokatora Jet'a, piosenkarza E.S,łączy jedno - niejaki Fai, który obecnie przybrał imię Sam. To tytułowy Bishonen któremu nie są w stanie się oprzeć kolejni mężczyźni. A nieświadomy niczego Jet, w oczach którego Sam sprawia wrażenie niewinnego i lekko zagubionego jest coraz bardziej zakochany.


Przyznaje, od razu po pierwszych kadrach, że i ja się nie oparłam Samowi granemu przez Daniel'a Wu. Jedno, drugie spojrzenie i już było po mnie. Wspominałam już może, że mam słabośc do bishów? Tu ten instynkt zadziałał bez pudła, od razu mój wzrok padł na właściwego.Ma facet coś w sobie, jakąś taką magiczną moc zwracania na siebie uwagi. A to spojrzenie po prostu, rozkłada człowieka na części pierwsze. "Bishonen" to debiut tego aktora i napiszę tylko wielki szacunek w tym temacie, bo rola wymagająca. Zrobił na tyle mocne wrażenie, że dzień po zakończeniu zdjęć dostał następną propozycję i tak od 1998 gra szczęśliwie w wielu filmach. Rola kobieca choć epizodyczna, to tak naprawdę także pozostawiająca niezatarte wrażenie. Kana grana przez SHU Qi, to strażniczka uczucia pomiędzy Sam'em a Jet'em. Piękna, tajemnicza i niedostępna jest obserwatorką toczącej historii. Można tylko żałować, że niewiele się pojawiała na ekranie, bo jej uroda jest ogromnie intrygująca. Pozostali aktorzy, no cóż mam wrażenie, że temat ich czasami przerastał. Chwała jednak reżyserowi że obsadził z wyczuciem główne postacie, bo film właśnie tymi kreacjami stoi.


Muszę koniecznie zacytować pewną kwestię która pojawiła się w tym obrazie a jest kwintesencją postrzegania związków homoseksualnych przez Wschód."Jesteś gejem?" "A Ty?" "Jeśli Ty jesteś, to ja także". Kiedyś może rozwinę temat, ale to wymiana zdań jest tak symptomatyczna, że musiałam na nią zwrócić uwagę.

Film ma sporo wad produkcji azjatyckich, jest niespójny i sprawia wrażenie niedopracowanego, przyznaje że można w kilku miejscach odrobinę się zgubić. Nie zmienia to jednak końcowego wrażenia, że opowieść była ciekawa a przede wszystkim poetycko bardzo dobrze poprowadzona. Co tworzyło niesamowity klimat, który dodatkowo jest wzmocniony głosem narratorki opowiadającej wszystko z perspektywy poszczególnych bohaterów. To wspaniały zabieg, aby do tego świata mężczyzn wprowadzić kobietę. Z takim naciskiem azjatyckiego postrzegania związków i naszego współistnienia tu i teraz. I tym z pewnością wyróżnia się ten tytuł jako bardziej artystyczny niż typowe Boys Love. I dlatego na tle innych filmów akurat z tego gatunku, tak wysoka ocena. No i za Pana Daniela ;)

Link do trailera

Moja ocena 8/10

środa, 4 kwietnia 2012

The King and the Clown (Król i Klaun)


Są takie filmy, takie historie obok których nie można przejść obojętnie. "The King and the Clown" z pewnością do nich należy, a dodatkowo odciska ślad w duszy człowieka. Dociera do istoty rzeczy, poruszając kwestie najważniejsze: wolności, poczucia własnej wartości i siły uczucia.

Wędrujące trupy artystów ulicznych przez setki lat były doskonałą rozrywką dla gawiedzi, nie tylko bawiły ale też spełniały funkcję informacyjną, donosząc o tym co się dzieje w kraju, czy stając się swoistym lustrem tego jakie są aktualne nastroje społeczne. Do jednej z takich barwnych grup należał Jangsaeng (Kam Wu-seong), mistrz akrobacji wszelakich na linie. Jego niezwykle zręczne wyczyny, pełne humorystycznych akcentów przyciągały tłumy. Towarzyszył mu w tych występach Gonggil (Lee Jun Ki), który z uwagi na zniewalającą urodę grywał najczęściej kobiety. Piękny chłopak wpadał nie jednemu w oko, co skrzętnie wykorzystywał właściciel zespołu, podsuwając go zainteresowanym za odpowiednią opłatą. Kolejny takie zdarzenie było iskrą która rozpaliła wściekłość w Jangsaeng'u. Staje w obronie Gonggil'a w konsekwencji właściciel trupy traci życie. Ci dwaj muszą uciekać, ale jednocześnie stają się nareszcie wolni. Ruszają do Seulu by tam szukać szczęścia. Właściwie dopisuje im ono, ponieważ w krótkim czasie tworzą wraz z trzema innymi kuglarzami, nowy zespół. Ich przedstawienie w stolicy cieszy się niezwykłym zainteresowaniem, ponieważ szydzi z króla oraz jego otoczenia.


Od pewnego czasu występy z uwagą śledzi jeden z wysokich urzędników królewskich. Choć trupa dostarcza niezwykłej zabawy prostym ludziom, dla nich samych ten repertuar okazuje się wyrokiem. Zostają aresztowani i za obrazę majestatu skazani na śmierć. W desperacji Jangsaeng proponuje aby zagrali przedstawienie przed samym królem, jeśli go to rozbawi, to mogą w zamian uratować swoje życie. Dwór się zbiera i na honorowym miejscu zasiada król by obejrzeć spektakl.Artyści jednak są tak sparaliżowani strachem że gra staje się żałosna zamiast śmiesznej. W rozpaczy Gonggil i Jangsaeng zaczynają improwizować i nareszcie słyszą upragniony śmiech króla. Władca nie tylko darowuje życie członkom zespołu ale wbrew wszelkim zwyczajom zatrzymuje ich na swoim dworze. Od tej pory żyją i pracują ku uciesze swego władcy. Król Yeonsan to tyran i despota, który jest znany z bezwzględności w swoich decyzjach. Gra tych klaunów jednak go niezwykle bawi są jego protegowanymi ale od których wymaga się ciągle nowych rozrywek.


Repertuar jednak opiera się ciągle na tym samym, kpiny i krytyki dworu oraz wysokich urzędników. W krzywym zwierciadle zostają odbite wszystkie bolączki królestwa. A kilku klaunów staje się mocą sprawczą reakcji władcy na to co się wokół niego dzieje. A są to reakcje ekstremalne tak jak niestabilny psychicznie jest sam król. Giną więc ludzie, tracą stanowiska. Artyści są coraz bardziej przerażenie i chcą opuścić piękne pałace. Jest już za późno, król się od ich przedstawień uzależnił a ponadto wpadł mu w oko piękny Gonggil. Jego obecna konkubina wydaje mu się już mało atrakcyjna, chce spędzać czas z chłopakiem by ten zabawiał go kolejnymi historiami.



Nic absolutnie nic w tym filmie nie jest przypadkowe. Zadziwia mnie jego wielopłaszczyznowość. Otrzymujemy opowieść o nie lekkim życiu artystów, którzy znaleźli się potrzasku rozgrywek na dworze. Ich życie lub śmierć zależy od kaprysu szalonego króla. Już ta historia sama w sobie byłaby ciekawa dla widza.

O gdybyż przekaz w tym filmie był taki prosty, ale on posiada kolejne warstwy. Mnóstwo metafor i odbicia w krzywym zwierciadle człowieczego życia. Bo czyż nieustająco nie kroczymy na chwiejnej linie, tak jak filmowi linoskoczkowie, nie tylko by żyć ale by żyć w zgodzie z samym sobą, nie raniąc innych. Czyż nie pragniemy wolności, którą dostarczałoby radości istnienia, i to nie ważne czy w związku, w pracy, czy we własnych ograniczeniach. Czy ta wolność tak naprawdę jest tylko ułudą, bo stajemy się i tak marionetkami w rękach innych ludzi. Manipulują nami nie tylko wielcy tego świata, ale też najbliższe otoczenie. Następną kwestią jest podporządkowanie się obowiązującym regułą, wykonywanie rzeczy które są wbrew nam ale pozwalają utrzymać się na powierzchni społeczeństwa. Ubieramy się w maski, zakładamy tysiąc szat nas zakrywających, tylko po to by nikt nie zobaczył jacy jesteśmy naprawdę, jakie uczucia nami targają. I jakże często człowiek zachowuję się podobnie jak ten król, który został zraniony i w rozpaczy rani innych jeszcze dotkliwiej.A w tym obrazie nawet ta postać nie jest jednowymiarowa, bo władcy zaczynamy także współczuć odkrywając jego koszmarne dzieciństwo.



Następną a może najważniejszą jest płaszczyzna obejmująca opowieść o miłości. Takiej miłości która nie wymaga słów, żadnych deklaracji ale jest nieustającym czynem.
W której się kończy egoizm a zaczyna prawdziwe uczucie dla którego wszystko można poświęcić. Jak to mówią pięknie Azjaci "bo się widzi naprawdę drugiego człowieka", a już przestaje się widzieć tylko siebie. Ale do tego trzeba mieć nadzwyczajną odwagę, a tej nie można odmówić bohaterom tego filmu.

"Król i Klaun", bo taki jest polski tytuł, opowiada zdarzenia częściowo prawdziwe, despotyczny król Yeonsan rządził na przełomie XV i XVI a niesława jego poczynań przetrwała wieki. Zamykał uniwersytety, wprowadził cenzurę, karał śmiercią za byle przewinienie, a dla swojej przyjemności zmienił życie tysięcy ludzi. Istnienie pod jego rządami było koszmarem, dlatego dokonano na nim zamachu i został zdetronizowany do roli księcia, niedługo potem umarł. Ale opowieść filmowa jest jak przedstawienie w teatrzyku kukiełkowym, nie zajmuje się światem zewnętrznym, liczą się relacje międzyludzkie i historia która jest grana tu i teraz.



W temacie koreańskich filmów historycznych brak mi już właściwie pozytywnych przymiotników. Dawno je wszystkie wyczerpałam. Ten film urzeka po prostu scenografią i kostiumami oraz ferią kolorów. A aktorzy? Bez nich nie powstałoby to dzieło, gdyby grali nieporadnie lub źle, nie istniał by po prostu ten film. Cały ten klimat to ich zasługa. Podziwiam także zdobycie tych wszystkich akrobatycznych umiejętności, które przynajmniej częściowo musieli wykonywać aktorzy. Są po prostu mistrzowskie.

Emocjonalnie "The King and the Clown" mną wstrząsnął, jest w nim wszystko co Azjaci w tak piękny sposób potrafią uwypuklić i kilkoma gestami słowami opowiedzieć historię niezwykłą dotyczącą relacji międzyludzkich, najważniejszych kwestii które determinują nasze istnienie. Historia może nie wesoła, ale niosąca tyle przekazu w sobie, że nigdy bym z niej nie zrezygnowała pomimo dramaturgii całej sytuacji. Z pewnością wskakuje w moją listę top filmów azjatyckich.


Za zachęcenie do obejrzenie tego filmu podziękowania dla walerianki