Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

"Tatami kontra krzesła" Rafał Tomański


O Japończykach i Japonii




Opowiedzieć o kraju, który cię fascynuje w sposób ciekawy i zabawny to jest prawdziwa sztuka. A dodatkowo zrobić w to sposób profesjonalny i podeprzeć się badaniami naukowymi, mądrymi publikacjami tak by czytelnika to nie zniechęciło a wprost przeciwnie wyposażyło w bardzo cenne nowe informacje to już mistrzostwo w moim odczuciu. I to się z pewnością udało Rafałowi Tomańskiemu.

Pomimo,że publikacja nie jest opasłym tomiskiem obejmuje bardzo wiele obszarów życia współczesnej Japonii. Zaczynając od zdrowia, religii, uwarunkowań historycznych i gospodarczych a kończąc na zjawiskach z obszaru mang i anime. A wszystko ma swoją nazwę której źródłosłów często jest równie ciekawy jak sam syndrom. Autor jako japonista z wykształcenia z łatwością porusza się po wszelkich zawiłościach językowych.
Ta książka jest jak brakujące puzzle które mogę sobie poukładać w głowie. O już wiem dlaczego Azjaci pokazują na zdjęciach słynne V dwoma paluszkami. Albo z jakiego powodu w produkcjach japońskich tak istotną rolę odgrywają wszechobecne roboty, które mają cechy ludzkie. Co jest kanonem piękna w ich odczuciu i dlaczego krzywe i wystające zęby, szczególnie kły bynajmniej nie dają możliwości wykazaniu się ortodontom, a są cechą pożądaną. Myślę że osoby interesujące się Japonią już się przyzwyczaiły do tych wszystkich dziwnych i intrygujących zachowań. Takich jak np. brak potrzeby zmieniania bielizny przez nastolatki, albo nadmiernym zainteresowaniem mężczyzn kobietami w typie lolity. Dlatego opisywane zjawiska mnie osobiście nie bardzo szokowały ale bardziej interesował mnie właśnie w aspekcie genezy i historycznych uwarunkowań, którym autor poświęca wiele uwagi.

Po lekturze tej pozycji jeszcze bardziej utwierdziłam się w tym, że jest to kraj sprzeczności i kontrastów. W którym otwartość na nowości egzystuje obok silnie zakorzenionych tradycji. I to życie w symbiozie tych dwóch płaszczyzn daje niesamowitą mieszankę, której nie umiemy wtłoczyć w żadne znane nam schematy. Jednych to denerwuje innych to fascynuje. Ale też przysparza wiele frustracji samym Japończykom, o tym także jest ta książka. My ludzie zachodu posługujemy się często stereotypami na temat Japonii nie próbując nawet zrozumieć ich korzeni. Ta publikacja nie wyjaśnia wszystkiego, nie rości się prawa do rozwikłania tajemnicy mentalności mieszkańca wysp, ale przybliża w wielu aspektach pewne fenomeny kulturowo-społeczne.
Tomański poruszał także kwestie seksualności Japończyków. Sformułował dokładnie takie tezy które i mnie często nawiedzały. W naszej kulturze seks jest ściśle powiązany z poczuciem grzechu, która wynika z chrześcijańskiej perspektywy cielesności człowieka. Azja do tych kwestii podchodzi bardziej radośnie i mniej skrępowanie i dlatego może z takim oburzeniem przyjmujemy pewne zjawiska z tego obszaru wszechobecne w produkcjach japońskich.

Rafał Tomański

Mogę się mylić ale chyba jest to jedyna książka,na naszym rynku księgarskim,która tak szeroko opisująca zjawiska występujące we współczesnej Japonii a tym bardziej cenna bo napisana z perspektywy naszego rodaka.Dlatego pochłonęłam ją w rekordowym tempie. Z pewnością na to złożyło się moje obecne dość rozbudowane zainteresowanie tematem, ale chyba nie tylko. Ona jest po prostu bardzo dobrze napisana. Człowiek nie męczy się przy każdym zdaniu w płynny sposób podążamy za myślą autora. Z pewnością jest to lektura obowiązkowa dla osób interesujących się kulturą i społecznymi uwarunkowaniami Japonii. Dla osób które zauważają i analizują wszelkie zjawiska z którymi spotykamy się w w produkcjach japońskich, a których źródła często są dla nas zakryte lub niezrozumiałe. Pozwala ona w inny bardziej głęboki sposób podejść do zagadnień związanych z funkcjonowaniem mieszkańców kraju kwitnącej wiśni.

Moja ocena 10/10

wtorek, 17 kwietnia 2012

Jacek Dehnel "2012-Zdarcie Tytanów"


Jedynym zauważalnym minusem, oglądania produkcji azjatyckich, jest to że nie czytam tyle co wcześniej. Ale zawsze dla publikacji mnie interesujących znajdę czas, tym bardziej jeśli opowiadanie liczy zaledwie 18 stron i jest autorstwa pisarza, którego ogromnie lubię i szanuje.

I do tego te kilka stron jest popełnione w taki sposób, że od razu pojawia się uśmiech na mojej twarzy i jeszcze głębszy szacunek do autora, którego uważam za objawienie na scenie literackiej naszego pięknego kraju na Wisłą.

Znacie estetykę książek braci Strugackich? Ich styl przaśnego traktowania obszaru scince-fiction? Wtłoczenia fabuły w tu i teraz, ze wszystkimi aspektami zwyczajności otaczającej nas rzeczywistości. Otóż Dehnel swoim opowiadaniem zbliżył się do tej formuły, bawiąc czytelnika opowieścią o legendarnych bohaterach którzy obudzili się przeddzień końca świata. Czyli w grudniu 2012 roku. Każde państwo, każdy kraj, musiał stanąć oko w oko ze swoją legendą. W Iranie powrócił do żywych Mahdi, w Niemczech Barbarossa na spółkę z Karolem Wielkim, w Czechach ożył posąg Wacława,a w Polsce obudzili się rycerze spod Giewontu. To co nieznane, dziwne i budzące strach oraz zagrożenie, natychmiast wymaga zwołania odpowiedniego sztabu. W naszym kraju została powołana komisja ekspercka złożona z socjlogów, profesorów historii, strategów wojskowych i jednego takiego speca od średniowiecznych gier i symulacji komputerowych.
Jak się potoczą losy świata? Najlepiej samemu się dowiedzieć udając się do epmiku, gdzie ten zbiór opowiadań rozdają za darmo, bo książeczka zawiera jeszcze kilka krótkich historii, innych autorów. Ale to właśnie dzieło Dehnela jest tym mistrzowskim w mojej ocenie. Obraz Polski w obliczu klęski pojawienia się bajkowych bohaterów, którzy zmartwych wstali. Ja się świetnie bawiłam tą perspektywą.

czwartek, 2 lutego 2012

Bear Grylls "Kurz, pot i łzy "


Nie ukrywam że jestem ogromną fanka Bear'a. I jest tyle rzeczy za które lubię tego człowieka, że ciężko by było mi je wszystkie wymienić. Większość osób z którymi rozmawiałam ma jedno jedyne skojarzenie "oooo ten facet co zjada robale". Tak to prawda, ale Grylls to coś więcej niż pożeracz dziwnych i z pozoru niejadalnych rzeczy. To naprawdę nie przypadek że prowadzi program pt. "Szkoła przetrwania". Jego książki i poradniki w dużo większym stopniu pokazują co jest prawdziwą siłą człowieka. Jest nią: motywacja, ogromna wiara we własne siły, nie poddawanie się w żadnej sytuacji, racjonalne i obiektywne podejście do trudnych spraw.

To właśnie autobiografia którą niedawno przeczytałam odkrywa źródła tej siły która tkwi w Grylls'ie. To z pewnością rodzina, wiara w Boga, poczucie przynależności do grupy, odpowiedzialność za siebie i przyjaciół. I to co cenie niezwykle u innych, analiza i wyciąganie wniosków z własnych błędów, przyznawanie się do swoich słabości. To wszystko Bear daje nam w swojej biografii. Daje nam siebie i to w taki sposób że wydaje się niezwykle szczere i prawdziwe. Jego życiorys z całą pewnością nie można nazwać nudnym, a życie usłane różami. Najmłodszy mistrz karate w historii Wielkiej Brytanii, w wieku 18 lat przeszedł selekcje do elitarnych jednostek SAS, w wieku 22 lat złamał kręgosłup i był przez wiele miesięcy przykuty do łóżka, by rok później zdobyć najwyższy szczyt świata. Obecnie jego programy dotyczące sztuki przetrwania cieszę się ogromną popularnością a on sam trafia ze swoimi radami do domów w 180 krajach świata.


Bear dla mnie osobiście jest niezwykłym motywatorem, kołem który napędza mnie w działaniach. To może dziwne że właśnie on, ale tak dokładnie jest. Daje nadzieję by nie ustawać w postanowieniach i walce. I mam tu na myśli właśnie taką prawdziwą walkę o przetrwanie. Jestem mu wdzięczna za tyle pięknych i mądrych myśli jakie udało się mu się przelać na papier. Naprawdę to świetna terapia motywacyjna.

piątek, 29 kwietnia 2011

Anne Bishop "Córka Krwawych"


Z okładki książki


W świecie Mrocznego Królestwa, przepełnionego zdradą i korupcją, zasady ustalają Krwawi - rasa czarownic i czarnoksiężników, których moc określają magiczne Kamienie...
Przed ponad 700 laty czarownica sabatów Klepsydry ujrzała spełniającą się starożytną przepowiednię - nadejście najpotężniejszej Królowej w historii Krwawych, żywego mitu, Czarownicy, która posiadać będzie więcej mocy niż sam Wielki Lord Piekła.
Przepowiednia zaczyna się spełniać..
.



Żeby książka była moja, muszę ją oswoić, przełamać chęć zimnej oceny nadmiernego krytykowania, dać się ponieść autorowi. Anne Bishop to się bez wątpienia udało, stworzyła świat w którym można się zanurzyć, z przyjemnością dać się porwać wydarzeniom bez nadmiernej analizy w czasie lektury. Refleksje przychodzą później co nie umniejsza przyjemności ze śledzenia akcji książki ale porządkuje pewien chaos odbioru.

Po przeczytaniu pierwszej części, zdaje sobie doskonale sprawę że nie jestem w stanie ocenić całego zamysłu powieści który towarzyszy autorce. Nie byłabym jednak sobą, gdyby w moim umyśle nie trwała swoista analiza tego co podarowała czytelnikom Anne Bishop.

Najbardziej zachwyca mnie koncepcja Ojca, Brata, Kochanka. I to jest w mojej ocenie siłą tej powieści. Nie umiem jeszcze ocenić na ile jest to zamysł świadomy czy też moje skojarzenia są przypadkowe. Ale brnę dalej ponieważ sama Bishop nieustannie odwołuje się do płaszczyzny tradycji chrześcijańskiej w której wiodącym fundamentem jest Ojciec, Syn i Duch Święty. Ale ja w swojej nadinterpretacji sięgnę jeszcze głębiej, bo dla mnie to metafora trójwymiarowej przestrzeni. Zupełnie pozbawione sensu? Możliwe, ale jakże przyjemnie jest postawić taką oto tezę. Pierwszy wymiar- wysokość to Saetan- Ojciec, ten pierwszy najwyższy, przynajmniej z pozycji w której poznajemy go. Drugi wymiar to szerokość- Lucivar, czyli ktoś pod kogo opiekuńczymi skrzydłami można się schronić na którego można zawsze liczyć. I trzeci wymiar głębokość – Daemon, który sięga istoty jestestwa.

Najważniejszy z wymiarów to ten czwarty, czas, jest nim Jaenell. Czas bez którego nic nie ma sensu. To on ma władzę nad pozostałymi płaszczyznami. Dlatego życie tych trzech mężczyzn, nabiera nowego wymiaru, kiedy pojawia się Czarownica. Jej „zwiastowanie”, oczekiwanie, oraz nadzieja na zbawienie świata wraz z tą nową siłą są następną analogią do Biblii. Pod postacią Jaenell pojawia się pewna energia która była, która się ucieleśniła i będzie zawsze by dawać nadzieję i w konsekwencji być siłą sprawczą zmian. Pomimo tego że posiada ogromną moc nie może oddalać wszystkiego co złe od siebie. To na pierwszy rzut oka może wydawać się być brakiem konsekwencji, najpotężniejsza a nie jest w stanie przeciwstawić się złu przeciwko niej samej. Ale to cierpienie którego doznaje lub będzie doświadczać w przyszłości ma ogromne znaczenie. Przybliża Jaenell do śmiertelników.

Ilość tych analogii do chrześcijaństwa jest przytłaczająca, chociażby motyw kielicha który jest tak istotny. Ale to wszystko to mistyka która determinuje pomysł Bishop. Nie wiem na ile jest to zabieg świadomy, ale na pewno z mojej perspektywy zauważalny i bardzo ciekawy. I chce prawie wykrzyknąć „cóż sobie Pani wymyśliła nowe przymierze pomiędzy SaDiablo i Angelline?”.To się nie może udać, ale z uwagą przeczytam jak Pani z tego wybrnie.

Tak jak pisałam wcześniej muszę oswoić świat tej powieści, który budzi we mnie pewne zmieszanie. Jest ono konsekwencją zapewne braku znajomości reguł powieści świata fantasy. Gubię się więc w logice tła, bo mój umysł chce uczepić się znajomych form, przyporządkowania epokom czy schematom. I to zawahanie nie dotyczy magii ani nadprzyrodzonych możliwości, ono dotyczy codzienności która gdzieś tam przebija przez losy bohaterów a mnie odrobinę drażni. Dostrzegam także kalki, od którym nie mogę się uwolnić. Jest nią np. postać mentora, pięknego i strasznego w swych czynach oraz postać kobiety zamkniętej w ciele dziecka. Obrazek wprost wyjęty z „Wywiadu z wampirem”. I to przechadzanie się po tej krawędzi pożądania do Czarownicy dziecka. Jestem tak zmanipulowana przez autorkę że natychmiast wybaczam wszystko Daemonowi, zaś nie mogę zrozumieć ludzi w Briarwood. Ciekawy zabieg z moralnego punktu widzenia, ale to tylko znajomość motywów jest siłą sprawczą perspektywy z jaką przyglądamy się danym sytuacjom. A te sytuacje w dużej mierze są napędzane przez seksualność która staje się osią wokół której toczy się powieść. Jednak te filary z niej zbudowane momentami są dla mnie zbyt ciężkie, zbyt wiele ich. Choć oddaję prawdę autorce, konstrukcja ma sens i porządne fundamenty.

Mężczyźni: ojciec, brat, kochanek. Saeton wydaje mi się tak bezbronny w swojej nieuświadomionej miłości ojcowskiej, niespodziewanej nie tylko w stosunku do swej duchowej córki Jaenell ale także do swych synów. Lucivar- jest go za mało w pierwszej części by coś więcej napisać, ale jego cień towarzyszy wszystkim. Daemon, wiem o nim najwięcej. Jest tak blisko, za blisko…



czwartek, 13 maja 2010

Elżbieta Cherezińska JA JESTEM HALDERD



Słucham nowej pieśni północy. Melodia prawie ta sama ale słowa zmienione, tym razem ogień je roznieca, wzburzone fale gnają przed siebie. Znowu jestem w średniowiecznej Norwegii, patrzę jednak innymi oczami, przeżywam życie wraz Halderd, to co jej pisane

A los niesie, słabych i nieudolnych rodziców, gorycz nieszczęścia i wygnania z powodu haniebnego czynu brata, bardzo wczesne małżeństwo by uwolnić się od biedy i goryczy. To jednak pozorna wolność, choć Halderd staje się żoną jarla Helgiego, jednego z 8 najmożniejszych Panów Północy, musi jednak się ugiąć . Przeznaczenie wrzuciło ją w ramiona męża prostaka, dla którego wojna oręż i alkohol są kolejnymi Bogami, a młoda żona jest pięknym dodatkiem do pozycji. Z kolei jej pozycja ciągle jest zagrożona więc musi dobrze wypełniać swe obowiązki by nie stracić łaski swego męża. Jest silna robi wszystko co nakazuje chwila: jest Panią Ynge, jest głową rodu gdy trzeba, jest kochanką na każde zawołanie, jest w końcu matką dorodnych synów. Ale czytelnik ma ten przywilej że wie, że pod tą potulną maską, jest uwięziona moc, mądrość i siła, które czekają tylko na przebudzenie. Ono nadchodzi za wcześnie, choć dobrze skrywane, w Haldard wybucha miłość do mężczyzny jej życia. To uczucie napędza już wszystko, z nim przychodzi wolność, ale dziwna i o gorzkim posmaku. Następuje przedziwny sojusz z nowym Bogiem, by mogła się liczyć w walce o dobro swych synów, całego klanu i swego ukochanego. Chrystus kroczy obok niej ale nie razem z nią, nie podają sobie ręki. Oto Halderd, która patrzy daleko poza czas w którym przyszło jej żyć.

Gdyby się tak zdarzyło że nie czytaliście Sagi Sigrun a sięgnięcie w pierwszej kolejności po "Ja jestem Halderd", nic straconego. Seria Północna Droga jest tak pomyślana że bez obaw można rozpocząć przygodę z prozą Elżbiety Cherezińskiej od tego właśnie miejsca. Ale ileż radości sprawia przenikania się światów dwóch kobiet, odkrywanie tego co zakryte dla Sigrun i wiedza o tym czego nidgy nie dowie się Halderd. Dlatego nie odmawiajcie sobie tej przyjemności i przeczytajcie pierwszą części cyklu bo te światy nie sposób oddzielić, choć bohaterki tak różne.

Jeśli Sigrud można porównać do spokojnie płynącego strumienia to Halderd jest rwącą rzeką. Jeśli czegokolwiek brakowało mi w Sigrud, Halderd wynagrodziła mi to. To kobieta obok której nie można przejść obojętnie; jest silna, jest mądra, przewidująca, pełna pasji. Jest wilczycą która z pozoru zimno i z rezerwą spogląda na świat, czasami uśmiecha się, pokazuje zęby, walczy o to co jej . Halderd nie chce siedzieć zamknięta w swej posiadłości, pragnie wpływać na losy otaczającej ją rzeczywistości, pogodzona jednak z każdym wyrokiem przeznaczenia jakie na nią spada. Zahartowana przez życie. Przetrwa, będzie cierpliwa, bo wie, tak jej przepowiedziano, jeden z jej synów będzie wielkim wodzem. Staje się ucieleśnienie wikinga zamkniętego w ciele kobiety, godna córka swej ziemi.

Trudno się uwolnić od porównań pomiędzy Sigrun i Halderd, przyszło im żyć w tych samych czasach, zmagać się z przeciwnościami w podobnych warunkach. Jednej i drugiej życie niosło co innego, obydwie szły z podniesioną głową, odnalazły się w tym świecie mężczyzn. Ale to moc Halderd jest siłą sprawczą zmian które poruszają światem.


Jestem ogromnie dumna, tak to właściwie słowo, że te powieści wyszły spod pióra polskiej autorki. Wielkie podziękowania dla p. Cherezińskiej za trud włożony w przygotowania, za świat który mi podarowała i emocje które lektura ta wywołała. Druga część serii jest dla mnie jeszcze prawdziwsza. Nic nie traci na wyrazistości szczegółów, niezmiennie narracja jest doskonała. Czekam z niecierpliwością na następną pieśń, już wiem że będzie o Einarze.

Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
Liczba stron:483
Rok wydania:2010

środa, 22 lipca 2009

DOM NA KRAŃCU ŚWIATA Michael Cunningham


Mogłam się spodziewać, że literatura które oferuje Cunningham spodoba mi się. Znałam do tej pory „Godziny” i to o zgrozo tylko w wersji filmowej. Obraz bardzo mi się podoba ale zwlekałam z przeczytaniem książki. Przypadek sprawił że to „Dom na krańcu świata” był moim pierwszym spotkaniem z tym autorem.



Na historię opowiedzianą w tej książce spoglądamy oczami czterech narratorów. Jonathana- odrobinę przewrażliwionego, inteligentnego chłopaka, żyjącego z nieustająco obawą przed stałym związkiem. Clare- ekscentrycznej trzydziestoparolatki, z powiewem hipisowskiej przeszłości w jej zagmatwanym świecie. Bobbiego- poszukiwacza bezpiecznego domu, wiecznie nieobecnego na granicy rzeczywistości i metafizyki. Oraz Alice, która jest matką Jonathana, kobiety niespełnionej w swoim małżeństwie , obawiającej się wolności.

Co łączy te wszystkie osoby? Skomplikowane relacje które poznajemy na przestrzeni kilkunastu lat. Towarzyszymy nastoletniemu Bobiemu i Jonathanowi w okresie kiedy się poznają. Ich dojrzewanie, wzajemną fascynację możemy oglądać nie tyko z ich własnej perspektywy, ale także obecnej w ich życiu Alice. To daje czytelnikowi niezwykły wgląd w zmiany które zachodzą w bohaterach. Dom rodzinny Bobbiego, prawie nie istnieje, dlatego w niepostrzeżenie dla wszystkich, staje się nim rodzina Jonathana.. Wtapia się w nią by wreszcie zamieszkać na stałe. Przebywa w nim długo, dużo dłużej niż prawowity syn Alice, który wyjeżdża do collegu a potem układa sobie życie w Nowym Yorku. Ta nowa rodzina jednak po latach rozpada się. Alice ze względu na stan zdrowia swojego męża przenosi się do innego Stanu. Opuszczony Bobby szuka wsparcia u Jonathana, rusza do Nowego Yorku.

Jonathanowi wydaje się że poukładał swoje dorosłe życie. Ma dobrą pracę, uciech cielesnych dostarczają mu przygodni spotkani mężczyźni, a stabilizację emocjonalną zapewnia mu Clare, z którą wiąże go niezwykłe duchowe porozumienie. Pojawienie się Bobbiego wprowadza napięcie w małe mieszkanko na Manhatanie. Powstaje trójkąt o przedziwnych relacjach. Clare jest zakochana w Jonathanie , uwodzi Bobbiego , który ją fascynuje ale i staje się uzupełnienie jej przyjaciela. Jonathan jest zazdrosny o Clare, a także czego nie może przyznać przed samym sobą o Bobbiego. Sam Bobby jest najmniej skomplikowaną osobowością , a może najbardziej, kocha z równą siłą i Jonathana i Clare. Uffff. To nie dające się wtłoczyć w żadne schematy trio, podejmuje próbę uporządkowania zagmatwanych relacji i stworzenia prawdziwego domu.



Michael Cunningham łamiąc wszelkie schematy dotyczące rodziny, nie chce szokować swoich czytelników. Stawia za to mnóstwo pytań: czym jest tak naprawdę rodzina, kto ją może stworzyć? Czy bycie szczęśliwym razem, jest warte ceny odsunięcia poza nawias społeczny? Czy jesteśmy na tyle silni by dokonywać właściwych wyborów? Czy współczesne społeczeństwo, a raczej społeczeństwo wysoko uprzemysłowione, wyzbyło się wszelkich norm dotyczących tworzenia rodzinnego domu? Czy wprost przeciwnie mamy doczynienia z powrotem wartości rodzinnych ale może na innych zasadach?

Książka wciąga w wir myśli i uczuć czwórki narratorów. Jesteśmy wewnątrz nich jesteśmy obok nich , a wszystko poprowadzone ręką mistrza. Bardzo podobało mi się jak autor kreśli uczucia jak eksponuje wszelkie radości i obawy związane z poszukiwaniem swego miejsca na ziemi. Pomimo tego, nie ma jakiegoś zadęcia, książkę czyta się z zadziwiająco szybko, lecz obrazy , słowa, myśli – pozostają.

To dziwne ale po skończonej lekturze pomyślałam, że dla mnie mogłaby istnieć tylko pierwsza część, byłaby to opowieść doskonała. Jakaś tajemnica snuje się w początku tej powieści. Podróż do Nowego Yorku lekko mnie przytłoczyła. To nie znaczy, że powieść od tego miejsca była nieciekawa ale wyraźnie inna.


Obejrzałam także ekranizację. Najlepszym określeniem będzie; ciut rozczarowująca. Scenariusz co prawda napisał sam Michael Cunningham, ale zabrakło tego co najpiękniejsze w tej książce, anatomii uczuć i odczuć. Jeszcze raz X muza nie obroniła się. Książkę uważam za dzieło zdecydowanie lepsze. Za to Collin Farrel w roli Bobbiego rewalacyjny, dokładnie tak sobie wyobrażałam tę postać, wiecznie nieobecną, trochę nieśmiałą, zawieszoną gdzieś pomiędzy tu i tam. I właściwie jedynie dla tej roli warto sięgnąć po ten film.


Autor:Michael Cunningham
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron:428
Rok wydania: 2003

środa, 15 lipca 2009

SAGA SIGRUN Elżbieta Cherezińska


Moja historia książki „Sagę Sigrun” odkryłam na blogu be.el. Dziękuje za te słowa, to one pozwoliły mi ją odnaleźć

Rozstaje się z Sigrun z żalem, żalem kończącej się opowieści którą snuła nieśpiesznie. To była pieśń o jej życiu, które zaczynało się i kończyło na miłości. Przeniosła mnie w zielono-granatowe fiordy, w zimne polarne noce i długie letnie dni. Towarzyszyłam Sigrun od momentu kiedy opuszczała dom rodziców by wyjść za mąż i udać się do Nemsen, osady męża. Spoglądałam jej oczami na świat wikingów który ją otaczał, na zwyczaje, legendy i prawa nim rządzące. Próbuje zrozumieć wraz z nią jak powinna postępować żona jarla, jednego z 8 najważniejszych Panów Północy. Gdzie jest miejsce kobiety w tym świecie mężczyzn, jaką ma rolę do wypełnienia. I co los jej przeznaczył.

Życie Wikingów było naznaczone walką, wyprawami morskimi, długą nieobecnością w domu. Życie Sigrun to przypływy i odpływy związane z tym odwiecznym rytmem. Przypływami są powroty jej ukochanego męża Regina. Falami pożądania które oblewają obojga. Poczuciem bezpieczeństwa które daje obecność mężczyzny u boku, oglądanie nieznanych krain jego oczami. Dzieleniem się troskami dnia codziennego, z tym z którym połączył ją los. Odpływami, jego wielomiesięczne nieobecności, naznaczone nieustającymi tęsknotą i obawą o niego. To są te wszystkie chwile, gdy to ona staje się najważniejsze w Nemsem, cały trud zarządzania domem i ziemiami spada na jej barki. Choć serce się buntuje przed takim porządkiem rzeczy, rozum podpowiada że taki los spotyka wszystkie kobiety żyjące w tych zimnych krainach bez względu na status społeczny. To jest cena którą płacą za trwanie przy boku odważnych, dumnych i nieugiętych mężczyzn .Wojów dla których największym honorem jest śmierć uświęcona w walce.



Elżbieta Cherezińska zasługuje na wielkie uznanie. Stworzyła nie tylko powieść napisaną pięknym językiem z barwnymi postaciami, ale przeniosła czytelnika w świat średniowiecznej Norwegii kreśląc z pietyzmem wszystkie aspekty historyczne, kulturowe i religijne. Ten trud w przygotowanie tła dla swoich bohaterów opłacił się, otrzymaliśmy obraz pełny. Pomimo dzielących nas tysiąca lat, tak dla nas bliski.Jest on na tyle realny że z łatwością, możemy identyfikować się z radościami i obawami Sigrun. Tęsknota, lęk o najbliższych, zazdrość, poczucie osamotnienia, ból utraty tych których kochamy. To wszystko trwa, nic się nie zmienia, tylko scenografia wokół nas jest wymieniana.

Polecam tę książkę wszystkim którzy kochające zimny skandynawskie klimaty, wszystkim których pociąga średniowiecze, wszystkim których interesuje starcie się Bogów, tych starych którzy byli czczeni od wieków i tego nowego który przybywa do brzegów Norwegii u progu nowego tysiąclecia. To także źródło wiedzy na temat Wikingów praw i zwyczajów które nimi kierowały, ich historycznych uwarunkowań. To przede wszystkim książka dla wszystkich którzy chcą posłuchać sagi o pięknej, dumnej, zahartowanej przez życie kobiecie. Sigrun córce Apalvadra, żonie Regina, matce Bjorna i Gudrunn.

Mam nadzieje że moje rozstanie z Sigrun oraz jej rodziną nie będzie zbyt długie. W przygotowaniu następna część cyklu tworzonego przez Elżbietę Cherezińską „Północna Droga”. Jej tytuł brzmi „Ja jestem Halderd”.

Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
Liczba stron:406
Rok wydania:2009

środa, 8 lipca 2009

DOM NAD ROZLEWISKIEM Małgorzata Kalicińska


Moja historia książki Lubię mieć własne zdanie i to było głównym motorem sięgnięcia po ten tytuł. Zewsząd zalewały mnie radosne opinie; świetna powieść, doskonała książka, nie mogłam się oderwać, zaliczone nieprzespane noce. To słyszałam z ust moich koleżanek i znajomych mojej mamy. Skoro tylu osobom się podoba, trzeba przeczytać. Byłam jednak asertywna i czekałam na okazję, pieniędzy nie chciałam na nią stawiać. I chwała mi za to intuicja mnie nie zawiodła, szkoda by mi było wyrzuconego grosza. Na szczęście koleżanka z wypiekami na twarzy wcisnęła mi „Dom nad Rozlewiskiem” – z tajemniczym "Jest po prostu świetna”. Zaczęłam czytać


I czytałam o Gosi, która ma dobrze płatną ale frustrującą pracę w agencji reklamowej. A tysiące kobiet musi się zadowolić frustrującą i źle płatną pracą, więc jakoś nie zaczęłam współczuć. Tak samo nad utyskiwaniami pt. jaka jestem stara i zapewne z tego powodu mnie wyrzucą. Gosia jednak pragnie coś zmienić w swoim życiu, przede wszystkim męża i otoczenie. Córka Marysia jest idealna więc zostaje ale tak na wyciągnięcie ręki żeby nie przeszkadzała. Gosia wyrusza do swojej mamy, z którą właściwie nie miała kontaktu przez 30 lat. Mama mieszka w bardzo urokliwym miejscu na Mazurach. Z miejsca kobiety przypadają sobie do serca, nie ma żadnych zadr, żadnych pretensji nawarstwionych przez dziesięciolecia. Gosia się zadamawia wrasta w to inne środowisko. Mąż usuwa się w bok, po to by zwolnić miejsca nowemu, ten się pojawia a nawet kilku. Pojawiają się także pomysły jak „zniszczyć” to urokliwe miejsce, czyli Gosia buduje pensjonat plus rozlewisko przekształca w kąpielisko. Wszystko z małymi potknięciami idzie jak po maśle, nawet teściowa umiera w odpowiednim czasie by marzenia o Pensjonacie otrzymały solidny zastrzyk finansowy. Wszyscy się kochają, jeśli nawet nie ma na to szans to natychmiast się zaprzyjaźniają. W tym momencie cukieriady już miałam dość, brnęłam jednak do końca z nadzieją że może coś położy rysę na tym idealnym obrazku. Rysa się pojawiła to prawda- czyli problemy z lubym ale tak jakoś nie do końca mnie one obeszły.


Przepraszam za ten sarkastyczny ton, ale to właśnie była powieść z cyklu jak polskie kobiety mogą szaleć za niczym. Bo niewiele ta powieść ma do zaoferowania. Poza przepisami na kilka potraw. Jeśli jednak ktoś lubi naiwną bajeczkę osadzoną w prawie polskich realiach, z niewyszukanym językiem i kiepską fabułą, to książka dla niego. I niech nie czuje się winny jest w doborowym towarzystwie tysięcy kobiet polskich na tyle zdegustowanych rzeczywistością, że kochają ten pseudo raj. Lekka wakacyjna lektura? Nie dla mnie- ja się okrutnie męczyłam. Czuje się jednak jakoś nieswojo, że nie umiem wejść w ten główny nurt zachwytów, zwracam uwagę na straszny warsztat autorki i razi mnie naiwność i prostota tej powieści. Jakaś dziwna jestem...