środa, 31 sierpnia 2011

Skarby Korony Hiszpańskiej

Będąc w Krakowie obejrzałam wyjątkową wystawę zbiorów Korony Hiszpańskiej. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się że to była barterowa wymiana za "Damę z Gronostajem" , która opuściła nasz kraj, by znowu podróżować po Europie.


Wystawa Skarby Korony Hiszpańskiej. Patrimonio Nacional de Espana to pokaz stu arcydzieł z lat 1470 – 1870, które wypożyczyło Patrimonio Nacional de Espana - instytucja zarządzająca dobrami królewskiego dworu hiszpańskiego. To zabytki najwyższej klasy artystycznej, które stanowią krótki przewodnik po historii kolekcji królewskiej. W Gmachu Głównym Muzeum możemy oglądać m.in. sławne obrazy El Greca, Veronese'a, Tycjana, Tintoretta, Zurbarana, Ribery, Moralesa, Velasqueza, Goi. Szczególnie dla nas ważne są portrety namalowane przez Marcina Kobera, wyobrażające późniejszego króla Zygmunta III Wazę i Annę Marię Wazównę. Na wystawie znajdują się także znakomite dzieła rzemiosła artystycznego, srebra, zbroje, porcelana, szkło i meble.

Wystawa naprawdę wyjątkowa i jeśli ktoś będzie miał możliwość zobaczenia jej, serdecznie polecam. Hiszpanie oczarowani mnie przede wszystkim kolorami, delikatnością i precyzją wykonania jubilerskich dzieł, radosnym podejściem do codziennego życia, specyfiką kultu religijnego. Uderzył mnie szczególnie kontrast pomiędzy naszymi dziełami z tych samych okresów, ciężkimi ciemnymi i właściwie ponurymi, ciągle odbijającymi cierpienia narodu. Hiszpanie to słońce, feria barw i nawet o rzeczach bolesnych można opowiadać inaczej. Nabrałam ogromnej ochoty na kontynuowanie przygody z hiszpańską sztuką. Mam nadzieję że kiedyś odwiedzę tej kraj.

Muzeum Narodowe w Krakowie, kolejny raz przygotowało wystawę na bardzo wysokim poziomie, prezentacja dzieł i obrazów, moim zdaniem bez zarzutu. Tym bardziej warto było poświęcić tylko 11 złoty, by obejrzeć niektóre eksponaty które nigdy wcześniej nie były prezentowane zwiedzającym.


Doménikos Theotokópoulus zwany El Greco - Adoracja imienia Jezus lub Alegoria Świętej Ligi, ok. 1577–1579



"Złożenie do Grobu" autorstwa Domenico Robustiego, zwanego Domenico Tintoretto



Hełm typu burgonet,Mediolan, ok. 1545–1550, stal, złoto

wtorek, 30 sierpnia 2011

JAY CHOU

Odkryłam tego Pana niedawno i szczerze pisząc zrobił na mnie wrażenie. Mega gwiazda chińska,muzyk, kompozytor, aktor, piosenkarz.Urodzony w 1979 roku, pochodzi z Tajwanu, śpiewa w języku mandaryńskim. Zdobywca trzech nagród World Music Awards.Podoba mi się ogromnie że łączy klasyczną muzykę zachodu z tradycyjnymi elementami wschodnimi a przy tym ubiera wszystko w dość strawny dla współczesnego słuchacza mix muzyki popularnej. No i to co ruszyło za serducho patriotkę, czyli jego miłość do Chopina.





A tutaj niesamowity pojedynek na dźwięki. Oczywiście Jay Chou i Chopin w roli głównej w scenie z filmu "Secret"

Troszkę ocalić od zapomnienia

Posiadam już kilka blogów. Niestety większość z nich to tematyczne dzienniki w których nie wypada zajmować się wszystkim i niczym. A jednak pamiętnik jest mi potrzebny by zachować wszystkie ulotne sprawy które są mi bliskie. Wszystkie rzeczy które są ważne, choćby przez chwilę.
Moja pamięć niestety jest coraz bardziej zawodna, mam nadzieję że właśnie ten blog pozwoli mi później na odtworzenie moich emocji.
Z góry przepraszam za bałagan koncepcyjny. Bo koncepcja żadna mi nie przyświeca.
Właściwie są to głównie zapiski dla mnie ale wszystkich odwiedzających serdecznie witam i proszę się nie dziwić z powodu pokręconych meandrów mojej rzeczywistości. Choć czasami wpisy mogą mylić, nie mam 15 lat, lecz dużo dużo więcej ale duchem dużo dużo mniej niż kalendarz na to wskazuje.

piątek, 29 kwietnia 2011

Anne Bishop "Córka Krwawych"


Z okładki książki


W świecie Mrocznego Królestwa, przepełnionego zdradą i korupcją, zasady ustalają Krwawi - rasa czarownic i czarnoksiężników, których moc określają magiczne Kamienie...
Przed ponad 700 laty czarownica sabatów Klepsydry ujrzała spełniającą się starożytną przepowiednię - nadejście najpotężniejszej Królowej w historii Krwawych, żywego mitu, Czarownicy, która posiadać będzie więcej mocy niż sam Wielki Lord Piekła.
Przepowiednia zaczyna się spełniać..
.



Żeby książka była moja, muszę ją oswoić, przełamać chęć zimnej oceny nadmiernego krytykowania, dać się ponieść autorowi. Anne Bishop to się bez wątpienia udało, stworzyła świat w którym można się zanurzyć, z przyjemnością dać się porwać wydarzeniom bez nadmiernej analizy w czasie lektury. Refleksje przychodzą później co nie umniejsza przyjemności ze śledzenia akcji książki ale porządkuje pewien chaos odbioru.

Po przeczytaniu pierwszej części, zdaje sobie doskonale sprawę że nie jestem w stanie ocenić całego zamysłu powieści który towarzyszy autorce. Nie byłabym jednak sobą, gdyby w moim umyśle nie trwała swoista analiza tego co podarowała czytelnikom Anne Bishop.

Najbardziej zachwyca mnie koncepcja Ojca, Brata, Kochanka. I to jest w mojej ocenie siłą tej powieści. Nie umiem jeszcze ocenić na ile jest to zamysł świadomy czy też moje skojarzenia są przypadkowe. Ale brnę dalej ponieważ sama Bishop nieustannie odwołuje się do płaszczyzny tradycji chrześcijańskiej w której wiodącym fundamentem jest Ojciec, Syn i Duch Święty. Ale ja w swojej nadinterpretacji sięgnę jeszcze głębiej, bo dla mnie to metafora trójwymiarowej przestrzeni. Zupełnie pozbawione sensu? Możliwe, ale jakże przyjemnie jest postawić taką oto tezę. Pierwszy wymiar- wysokość to Saetan- Ojciec, ten pierwszy najwyższy, przynajmniej z pozycji w której poznajemy go. Drugi wymiar to szerokość- Lucivar, czyli ktoś pod kogo opiekuńczymi skrzydłami można się schronić na którego można zawsze liczyć. I trzeci wymiar głębokość – Daemon, który sięga istoty jestestwa.

Najważniejszy z wymiarów to ten czwarty, czas, jest nim Jaenell. Czas bez którego nic nie ma sensu. To on ma władzę nad pozostałymi płaszczyznami. Dlatego życie tych trzech mężczyzn, nabiera nowego wymiaru, kiedy pojawia się Czarownica. Jej „zwiastowanie”, oczekiwanie, oraz nadzieja na zbawienie świata wraz z tą nową siłą są następną analogią do Biblii. Pod postacią Jaenell pojawia się pewna energia która była, która się ucieleśniła i będzie zawsze by dawać nadzieję i w konsekwencji być siłą sprawczą zmian. Pomimo tego że posiada ogromną moc nie może oddalać wszystkiego co złe od siebie. To na pierwszy rzut oka może wydawać się być brakiem konsekwencji, najpotężniejsza a nie jest w stanie przeciwstawić się złu przeciwko niej samej. Ale to cierpienie którego doznaje lub będzie doświadczać w przyszłości ma ogromne znaczenie. Przybliża Jaenell do śmiertelników.

Ilość tych analogii do chrześcijaństwa jest przytłaczająca, chociażby motyw kielicha który jest tak istotny. Ale to wszystko to mistyka która determinuje pomysł Bishop. Nie wiem na ile jest to zabieg świadomy, ale na pewno z mojej perspektywy zauważalny i bardzo ciekawy. I chce prawie wykrzyknąć „cóż sobie Pani wymyśliła nowe przymierze pomiędzy SaDiablo i Angelline?”.To się nie może udać, ale z uwagą przeczytam jak Pani z tego wybrnie.

Tak jak pisałam wcześniej muszę oswoić świat tej powieści, który budzi we mnie pewne zmieszanie. Jest ono konsekwencją zapewne braku znajomości reguł powieści świata fantasy. Gubię się więc w logice tła, bo mój umysł chce uczepić się znajomych form, przyporządkowania epokom czy schematom. I to zawahanie nie dotyczy magii ani nadprzyrodzonych możliwości, ono dotyczy codzienności która gdzieś tam przebija przez losy bohaterów a mnie odrobinę drażni. Dostrzegam także kalki, od którym nie mogę się uwolnić. Jest nią np. postać mentora, pięknego i strasznego w swych czynach oraz postać kobiety zamkniętej w ciele dziecka. Obrazek wprost wyjęty z „Wywiadu z wampirem”. I to przechadzanie się po tej krawędzi pożądania do Czarownicy dziecka. Jestem tak zmanipulowana przez autorkę że natychmiast wybaczam wszystko Daemonowi, zaś nie mogę zrozumieć ludzi w Briarwood. Ciekawy zabieg z moralnego punktu widzenia, ale to tylko znajomość motywów jest siłą sprawczą perspektywy z jaką przyglądamy się danym sytuacjom. A te sytuacje w dużej mierze są napędzane przez seksualność która staje się osią wokół której toczy się powieść. Jednak te filary z niej zbudowane momentami są dla mnie zbyt ciężkie, zbyt wiele ich. Choć oddaję prawdę autorce, konstrukcja ma sens i porządne fundamenty.

Mężczyźni: ojciec, brat, kochanek. Saeton wydaje mi się tak bezbronny w swojej nieuświadomionej miłości ojcowskiej, niespodziewanej nie tylko w stosunku do swej duchowej córki Jaenell ale także do swych synów. Lucivar- jest go za mało w pierwszej części by coś więcej napisać, ale jego cień towarzyszy wszystkim. Daemon, wiem o nim najwięcej. Jest tak blisko, za blisko…



sobota, 28 sierpnia 2010

INCEPCJA- a więc wszystko jest snem



Droga do odkrycia tego filmu wcale nie była standardowa, ani trailler, ani recenzja czy opinia znajomego, nie przyczyniły się do tego by obejrzeć ten film. To muzyka Zimmera mnie do niego doprowadziła i bez większej świadomości o czym dokładnie jest fabuła wybrałam się na niego. Tak lubię najbardziej oglądać, bo wtedy nie mam bagażu oczekiwań które szybko potrafię zamienić na rozczarowania

Pisząc o tym filmie przychodzą mi na myśl takie oto słowa taoisty Zhuangzi (około 380-320 p.n.e.), który twierdził :

"Jakże mogę wiedzieć, czy pragnienie życia nie jest tylko złudzeniem? Jakże mogę wiedzieć, czy lęk przed śmiercią nie jest tylko strachem dziecka, które zbłądziło i nie potrafi znaleźć drogi do domu?" - pisze Zhuangzi.
Względność możliwości poznania obiektywnej rzeczywistości wyraził w cytowanej opowiastce o śnie: otóż przyśniło mu się kiedyś, że jest szczęśliwym motylem, a kiedy obudził się, nie wiedział, czy to jemu, Zhuangzi, śniło się. że jest motylem, czy też motylowi śniło się, że jest Zhuangzi.”
Ta przypowieść o śnie, powraca co pewien czas do mojej świadomości, a jej koncepcja wydaje mi się nadzwyczaj atrakcyjna żeby nie napisać wprost, znajoma. Nie dziwi więc fakt że założenia Incepcji tak mi się podobają, bo to film o ingerencji w sen , jeden z bardziej intymnych schronień które posiada człowiek. Temat snu nie jest z pewnością nowy, ale dający możliwości w tworzeniu nieograniczonych światów, zacierania śladów między rzeczywistością a iluzją.

W sali kinowej, niespodziewanie dla siebie samej poddałam się szaleństwu, poddałam się reakcjom który wydawały mi się dawno odeszły wraz z okresem dzieciństwa, kiedy akcje śledzi się z zapartym tchem, ściska się kciuki by się udało, a jedynym uczuciem po wyjściu z kina jest ochota by zobaczyć to jeszcze raz. Ze zdziwieniem także stwierdziłam że już nie mogę, przez chwilę przynajmniej, zanurzyć się w innym obrazie, bo ciągle mój umysł jest bombardowany scenami z tamtego filmu. Podobnie czułam się po Matrixie a reżyser i scenarzysta „ Incepcji” Christopher Nolan wcale nie kryje że jak najbardziej zapożyczył pewne schematy od braci Wachowskich

Czym jest ten film? Doskonałym kinem akcji - niewątpliwie. Przypowieścią o życiu, jego prawdach z tysiącem pytań egzystencjonalnych -z pewnością nie. Choć kilka prawd z pewnością można wydobyć z fabuły. Ale jest jakaś magia w tym obrazie, jego konstrukcji, bo pomimo tego że widzę tysiące rzeczy które mogłabym wyśmiać, czepiać się, wybrzydzać, po których autor po prostu ślizga się, to pragnę napisać że ta jazda figurowa bardzo mi się podoba jako całość i nie chce jej rozbierać na części pierwsze, pragnę zamknąć na to oczy by delektować się całością. Aktorzy to ludzie których lubię i to bardzo. Nie dostrzegam w ich grze słabych ogniw, a nazwiska na liście płac, oj robią wrażenie i to bardzo . Wszyscy właściwie mi się podobają w swoich kreacjach ze wskazaniem na Toma Hardiego. Mam świadomość tego że często zachwycam się filmami które dla innych są obrazami o niczym, bo jest coś co przyciąga moją podświadomość, drażni ją . Taki jest właśnie ten film, ten temat , to tępo akcji, ta muzyka. Wiem także że wiele osób bardzo pastwi się nad tym obrazem, nie podoba im się kompletnie, twierdzą że komercja w nim króluje oraz schematy łatwe do przewidzenia. Szanuje to i jestem w stanie nawet zrozumieć. Ale to właśnie Incepcji udało się wyrwać mnie z rzeczywistości i nikt mi tego nie odbierze, nawet najbardziej zjadliwe recenzje. Każdy musi przekonać się sam, jak skuteczna jest Incepcja Nolana.



Kilka cytatów poniżej (zamiast streszczenia), to tak naprawdę opis fabuły, istoty tego na czym opiera się Incepcja. Jak widać inni już to wcześniej dokładnie nazwali i sprecyzowali, Nolan pokusił się tylko o iluminacje w postaci obrazu może nie bardzo głęboką ale jakże fantastyczną.

„A więc wszystko jest snem czy raczej w stanie snu. Snu albo „kamiennego”, wyrzutego ze snów, albo „fantastycznego”, rojącego o jawie. „Kamienny” sen bez snów, jakby znużony sobą, staje się snem o jawie. Aż udręczony nim , wraca do snu bez snów. I tak się toczy to w koło- bez końca, nie wiedzieć czemu. Bo nie wiadomo kto śni i nie wiadomo dlaczego. Wiadomo tylko jedno; że śnienie nie jest beztroskie. Doskwiera albo nuda (bezmiar, bezruch, bezludzie), albo cierpienie i strach(niedosyt, niedomiar, niewiedza)

W tak rozpoznam świecie człowieka właściwie nie ma. Jest on zaledwie miejscem, gdzie uobecnia się sen; który złudnie przedstawia jako odrębny byt, różny od całej reszty.”

Antoni Libera „Godot i jego cień”

„Sen był skomponowany jak wieża z niezliczonych warstw, wznoszących się i ginących w nieskończoności lub też zniżających się koliście i gubiących we wnętrznościach ziemi. Kiedy mnie porwał w swój wir, zaczęłam krążyć po spirali, która była labiryntem. Nie było dachu ani podłogi, ścian ani powrotu. Były tylko tematy, regularnie się powtarzające”

Julio Cortazar „Gra w klasy”


„Sen - to rozplątywanie w zupełnej ciemności tego, co zostało poplątane w pełnym świetle”

Władysław Grzeszczyk „Parada paradoksów”

środa, 11 sierpnia 2010

Marzycielka z Ostendy Eric-Emmanuel Schmitt



Do tej pory przemykałam obok tego autora, wiedziałam że istnieje, słyszałam że wielu jego twórczość bardzo się podoba ale osobiście nie mieliśmy przyjemności.

Dopiero książkowy kryzys na wakacyjnym wygnaniu pozwolił mi odrobinę poznać Schmitta. I znowu powtórzyła się ta scena, gdy zaczynam pierwszą stronę książki i już wiem że ktoś pisze pięknie. Nie ważne o czym, ważne jak. A tego często mi brakuje, formy formy drodzy czytelnicy która gdzieś umyka współczesnym pisarzom.

Dlatego tak pięknie jest czytać o sprawach zwykłych w niezwykły sposób. A to z pewnością Eric- Emmanuel Schmitt potrafi. Dlatego 5 opowieści składających się na ten zbiór opowiadań, odkrywa się z prawdziwą przyjemnością. Człowiek się nie męczy ale płynie za myślą autora. Właściwie te opowiadania można spiąć klamrą pt. kobieta z przeszłością we współczesnym świecie. I nawet ta jedna przypowieść którego bohaterem jest mężczyzna, za oś wydarzeń obrała jednak kobietę. To właśnie "Przypadkowe lektury" najbardziej podobały mi się z całej piątki. Jednak każda historia opowiadziana przez Schmitta jest warta nie tylko lektury ale także rozważnia że rzeczy niezwykłe toczą się obok nas, a ludzie zwyczajni posiadają niezwyczajne tajemnice.

Polecam jako wakacyjną lekturę, może po dniu pełnym wrażeń, te krótkie historie ukołyszą rozedrganie przebytego dnia.

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Wydawnictwo:Znak
Liczba stron:256
Rok wydania:2009

wtorek, 10 sierpnia 2010

Kwiat śniegu i sekretny wachlarz Lisa See


Po rocznej przerwie wróciłam do Lisy See. I tak jak obiecywały blogerki rzeczywiście ta powieść jest lepsza od Miłości Peonii.

Kwiat śniegu to opowieść o życiu Lili, której przyszło żyć w dziewiętnastowiecznych Chinach. Lilia podlegała prawom i zwyczajom które były standardem w ówczesnym Państwie Środka. Dzięki temu śledzimy życie kobiety praktycznie od narodzin do śmierci która całkowicie podporządkowuje się obowiązującym normom społecznym. A był to okres trudny dla kobiet ze względu na ich status bezwartościowych ludzi. W każdej rodzinie czekano tylko na synów, to oni gwarantowali dobrobyt i szczęście. Narodziny córki były problemem chyba że istniały perspektywy wydania jej dobrze za mąż. Takie szczęście spotkało Lilie, która pochodziła z niezbyt zamożnej rodziny ale dzięki staraniom matki i opatrzności losu przeznaczono jej na męża bogatego człowieka. Jednak by ta droga jej awansu społecznego była bardziej wiarygodna zaproponowano związek laotong. To wyjątkowe więzy które łączyły dwie kobiety na całe życie, ale miały także pewne podstawy prawne. I to właśnie ten związek Lilii i Kwiatu Śniegu jest osią wszystkich zdarzeń. Bo nikt na świecie nie był ważniejszy niż laotong. Przyglądamy się więc relacją dwóch kobiet, które były sobie ogromnie bliskie, bo łączyło ich nie tylko przeznaczenia ale i wspólne odpieranie rzeczywistości tamtych lat.

Mężczyźni w tej powieści nie istnieją, tak jak prawie nie istnieli w świecie ówczesnych kobiet, choć oczywiście to oni byli kreatorami świata zewnętrznego który otaczał boahterki. Zamknięte w swych posiadłościach nie tylko ze względu na problemy w poruszaniu się na bardzo małych stopach ale i z powodu norm obowiązujących, żyły w izolacji. Relacje pomiędzy córkami, matkami, żonami i konkubinami były istotą istnienia, były sensem każdego dnia. To odrębny świat, który wymagał nie tylko znajomości praw nim rządzących, do tego wszystkie córki były przygotowane od dzieciństwa, ale także znajomości specjalnego pisma, którym porozumiewały się pomiędzy sobą kobiety. Ten język był pomostem który pozwalał wyrazić wszystkie uczucia, rozterki, bolączki teraźniejszości, osobom które przeżywały te same radości i smutki. Dla Lilli i Kwiatu Śniegu to wachlarz zapisany tajemnym pismem kobiet staje się kroniką życia obu bohaterek które połączyła niesamowita duchowa więź. Jest także księgą wzajemnego niezrozumienia i poczucia zdrady oraz straty ukochanej osoby.



Wszystko co dotyczy bohaterki jest obrazem który maluje nam ilustracje tamtych czasów. I to jest najbardziej interesujące dla mnie w tej książce. Nie rozterki uczuciowe i dylematy Lili ale właśnie ta fasada zbudowane wokół niej. Jest ona tyle doskonała że bez trudu przenosimy się w tamten okres próbując zrozumieć sytuacje w której się znalazła Filtrujemy wszystko przez zachodnią cywilizację i otrzymujemy bardzo ciekawy obraz Wschodu, który nieustannie nas fascynuje i przyciąga. To właśnie te różnice są najcenniejsze w powieści See.



Autor: Lisa See
Wydawnictwo:Świat Książki
Liczba stron:352
Rok wydania:2004