czwartek, 13 maja 2010

Elżbieta Cherezińska JA JESTEM HALDERD



Słucham nowej pieśni północy. Melodia prawie ta sama ale słowa zmienione, tym razem ogień je roznieca, wzburzone fale gnają przed siebie. Znowu jestem w średniowiecznej Norwegii, patrzę jednak innymi oczami, przeżywam życie wraz Halderd, to co jej pisane

A los niesie, słabych i nieudolnych rodziców, gorycz nieszczęścia i wygnania z powodu haniebnego czynu brata, bardzo wczesne małżeństwo by uwolnić się od biedy i goryczy. To jednak pozorna wolność, choć Halderd staje się żoną jarla Helgiego, jednego z 8 najmożniejszych Panów Północy, musi jednak się ugiąć . Przeznaczenie wrzuciło ją w ramiona męża prostaka, dla którego wojna oręż i alkohol są kolejnymi Bogami, a młoda żona jest pięknym dodatkiem do pozycji. Z kolei jej pozycja ciągle jest zagrożona więc musi dobrze wypełniać swe obowiązki by nie stracić łaski swego męża. Jest silna robi wszystko co nakazuje chwila: jest Panią Ynge, jest głową rodu gdy trzeba, jest kochanką na każde zawołanie, jest w końcu matką dorodnych synów. Ale czytelnik ma ten przywilej że wie, że pod tą potulną maską, jest uwięziona moc, mądrość i siła, które czekają tylko na przebudzenie. Ono nadchodzi za wcześnie, choć dobrze skrywane, w Haldard wybucha miłość do mężczyzny jej życia. To uczucie napędza już wszystko, z nim przychodzi wolność, ale dziwna i o gorzkim posmaku. Następuje przedziwny sojusz z nowym Bogiem, by mogła się liczyć w walce o dobro swych synów, całego klanu i swego ukochanego. Chrystus kroczy obok niej ale nie razem z nią, nie podają sobie ręki. Oto Halderd, która patrzy daleko poza czas w którym przyszło jej żyć.

Gdyby się tak zdarzyło że nie czytaliście Sagi Sigrun a sięgnięcie w pierwszej kolejności po "Ja jestem Halderd", nic straconego. Seria Północna Droga jest tak pomyślana że bez obaw można rozpocząć przygodę z prozą Elżbiety Cherezińskiej od tego właśnie miejsca. Ale ileż radości sprawia przenikania się światów dwóch kobiet, odkrywanie tego co zakryte dla Sigrun i wiedza o tym czego nidgy nie dowie się Halderd. Dlatego nie odmawiajcie sobie tej przyjemności i przeczytajcie pierwszą części cyklu bo te światy nie sposób oddzielić, choć bohaterki tak różne.

Jeśli Sigrud można porównać do spokojnie płynącego strumienia to Halderd jest rwącą rzeką. Jeśli czegokolwiek brakowało mi w Sigrud, Halderd wynagrodziła mi to. To kobieta obok której nie można przejść obojętnie; jest silna, jest mądra, przewidująca, pełna pasji. Jest wilczycą która z pozoru zimno i z rezerwą spogląda na świat, czasami uśmiecha się, pokazuje zęby, walczy o to co jej . Halderd nie chce siedzieć zamknięta w swej posiadłości, pragnie wpływać na losy otaczającej ją rzeczywistości, pogodzona jednak z każdym wyrokiem przeznaczenia jakie na nią spada. Zahartowana przez życie. Przetrwa, będzie cierpliwa, bo wie, tak jej przepowiedziano, jeden z jej synów będzie wielkim wodzem. Staje się ucieleśnienie wikinga zamkniętego w ciele kobiety, godna córka swej ziemi.

Trudno się uwolnić od porównań pomiędzy Sigrun i Halderd, przyszło im żyć w tych samych czasach, zmagać się z przeciwnościami w podobnych warunkach. Jednej i drugiej życie niosło co innego, obydwie szły z podniesioną głową, odnalazły się w tym świecie mężczyzn. Ale to moc Halderd jest siłą sprawczą zmian które poruszają światem.


Jestem ogromnie dumna, tak to właściwie słowo, że te powieści wyszły spod pióra polskiej autorki. Wielkie podziękowania dla p. Cherezińskiej za trud włożony w przygotowania, za świat który mi podarowała i emocje które lektura ta wywołała. Druga część serii jest dla mnie jeszcze prawdziwsza. Nic nie traci na wyrazistości szczegółów, niezmiennie narracja jest doskonała. Czekam z niecierpliwością na następną pieśń, już wiem że będzie o Einarze.

Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
Liczba stron:483
Rok wydania:2010

piątek, 11 grudnia 2009

RÓŻA SEWASTOPOLA Katharine McMahon


Czekałam na tę książkę. XIX wiek, romans, zapach prochu- wszystko mi pasuje. Tylko zawsze czai się ten chochlik w głowie, który podpowiada ze może ta Pani McMahon z tym całym dobrodziejstwem sobie nie poradzi?

Epoka wiktoriańska ze swymi ciasnymi gorsetami, konwenansami, dumą z brytyjskiego imperium miała także swoją odległą wojnę na której angielski żołnierz mógł się wykazać. Była możliwość zdobycia sławy a nawet orderu lub z większym prawdopodobieństwem stania się inwalidą lub oddania swego życia za sprawę o której mało miało się pojęcia ale honor wymagał obecności Brytyjczyków.Wojna Krymska niewątpliwie stwarzała możliwości na zmiany.



Właśnie przeddzień przystąpienia do niej spoglądamy na dom Marielli Lingwood. Uporządkowanej panny, z niezbyt bogatego ale zasobnego we wszystko domu. Mariella to odbicie ówczesnej kobiety, ściśniętej w zasadach które jej wpajano od dziecka, nadwrażliwej, całkowicie podporządkowanej swojej rodzinie, obawiająca się nieznanego dla niej świata zewnętrznego, odnajdującej spokój w domowym zaciszu z igłą i nitką w ręku. Właśnie z tych powodów jej kuzynka Rosa Barr budziła w niej niepokój, strach i fascynację. Rosa chciała nieustannie wszystko wokół siebie zmieniać, ciągle była w ruchu, wszystkiego była ciekawa, żyła ideałami. Pragnęła być przede wszystkim kobietą użyteczną dla społeczeństwa i mimo przeszkód ruszyła na wojnę by opiekować się rannymi żołnierzami. Były to dla Marielli sprawy całkowicie niezrozumiałe, toczące się poza jej percepcją. Zapewne w ogóle nie zwracałaby uwagi na to co dzieje się na dalekim dla niej Wschodzie, gdyby jej narzeczony Henry Tawell oraz jej kuzynka Rosa nie trafili w tę zawieruchę. I to kłopoty z Henrym oraz tajemnicze zniknięcie Rosy pchnęły ją, niespodziewanie dla niej samej, na Krym.

McMahon skorzystała z okazji by całkowicie przewrócić posegregowane z taką pieczołowitością życie młodej Angielki. Mariella dopiero tak daleko od domu porządkuje relacje osób jej najbliższych, zaczyna spoglądać na świat takim jakim jest.Nieustannie ściga wspomnienie Rosy, która rozpłynęła się na wzgórzach Sewastopola.

Jeśli spodziewaliście się że jest to wielkie epickie dzieło, to Was rozczaruje. W tej płaszczyźnie autorka sobie nie radzi. Niewątpliwie dobrze przestudiowane wydarzenia tamtego okresu. Odnajduje tu pewne ciekawe połączenie odpowiedzialności za klęski wojenne i osobiste głównej bohaterki w osobie dr. Henry Tawella. To właśnie nieodpowiednie przygotowania a potem opieka medyczna w dużej mierze przyczyniła się do śmierci wielu żołnierzy podczas tamtej wojny. Niewierność tego męskiego ideału, jakim był dla Rosy Henry, pcha ją do czynów wykraczających poza przyjęte konwenanse.

Ta powieść jest po trosze jak jej główna bohaterka, toczącą się opowieścią niczego głębiej nie dotykającą. McMahon nie wykorzystała także możliwości realistycznego tła dla swoich postaci. Miałam ograniczone zaufanie do tego co czytam, jeśli bohaterom było np. zimno, to troche przekornie przyznaje, zastanawiam się czy aby na pewno. I zgadzam się z opinią, którą gdzieś wcześniej przeczytałam na temat tej książki, bo ta myśl mi towarzyszyła podczas tej lektury- to wspaniały materiał dla zdolnego scenarzysty. Dodać trochę więcej emocji, z płaskich papierowych bohaterów ulepić żyjących i czujących ludzi i przepis na dobry film gotowy. Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym nie przyznała się że z wielkim zainteresowanie śledziłam poczynania Marielli. No i wielki plus dla autorki że mnie jednak zaskoczyła, może nie samą fabułą ale punktem ciężkości w osobie bohaterów. Zdecydowanie warto było zarwać noc, by odkryć co się stało z piękną Rosą w dalekim Sewastopolu.



Autor: Katharine McMahon
Wydawnictwo: INSIGNIS
Liczba stron:432
Rok wydania:2009

poniedziałek, 7 września 2009

BBC drama, czyli szelest sukni czar

Nadszedł taki czas, że więcej oglądam filmów niż czytam książek, to nie znaczy że w ogóle nic nie czytam, recenzje jednak pojawią się później.


Miałam to szczęście że w ciągu tygodnia obejrzałam aż trzy produkcje BBC. Filmy kostiumowe realizowane przez tą angielską stację zawsze są dobrej próby. Jeśli ktoś lubi szelest sukien, piękno wnętrz i niebanalne historie w doskonałej obsadzie aktorskiej nie zawiedzie się. Serdecznie polecam wszystkie trzy obrazy, choć jak zwykle nie powstrzymam się przed kilkoma krytycznymi uwagami.

MŁODA WIKTORIA

Królowa Victoria, najdłużej panująca monarchini w historii Wielkiej Brytanii ostatnio nie jest ulubienicą filmowców, dlatego trzeba docenić że poświęcono aż 100 min, wyłącznie młodości królowej. Dało to możliwość przybliżenia widzom burzliwych początków panowania Victorii, genezy objęcia przez nią tronu oraz jej miłości do księcia Alberta. Film nie odbiega od schematów typowych dla biografii postaci historycznych, lecz trzeba przyznać że całość : muzyka, zdjęcia i gra aktorska są na bardzo dobrym poziomie. Nie porwał mnie ten obraz ale z wielką przyjemnością obejrzałam. Chciałabym aby bohaterowie mieli więcej życia w sobie, ale cóż może to epoka naznaczona tak mocno konwenansami ograniczała w dużej mierze emocje.

Księżna


„Księżna” to następny obraz z przepięknymi kostiumami, fryzurami, wnętrzami ,zdjęciami, świetnie osadzony w epoce. Opowieść o Georgianie Spencer, księżnej Devonshire, pięknej bogatej, uwielbianej przez socjetę i lud angielski ale ogromnie nieszczęśliwej w swym małżeństwie. W filmie pada kwestia że cała Anglia kocha Georgianę, oprócz jej męża. Ponieważ księżna jest krewną w bezpośredniej linii księżnej Diany Spencer, nasuwają się niewątpliwie porównania pomiędzy tymi dwoma kobietami których dzieliły ponad dwie epoki.

„Księżna” , choć były na to warunki, nie jest ilustracją budzącej się samoświadomości kobiet. Po wszystkich tematach dotykających większego znaczenia ówczesnych dam w życiu publicznym i ich praw, scenarzysta prześlizgnął się, zgrabnie na plan pierwszy wysuwają się nieszczęścia i uczuciowe zawirowania Georgiany. Choć nie czytałam książki Amandy Forman "Georgiana, Duchess of Devonshire", na podstawie której powstał scenariusz, to mam przeczucie że kładzie ona, równie silny nacisk na działalność którą prowadziła Księżna Devonshire. To właśnie poszukiwania nowych ideałów, zaangażowanie w życie polityczne, wyróżniało ją spośród wielu arystokratów tamtej epoki. Ostatecznie jednak przegrała i podporządkowała się światu w którym przyszło jej żyć.


Keirze Knightley powierzono rolę tytułowej bohaterki, nie do końca był to szczęśliwy wybór, ale mimo wszystko uważam że aktorsko dość dobrze sobie poradziła. Na tyle dobrze, że przyćmiła lekko Ralph'a Fiennes'a, jej filmowego męża.


DANIEL DERONDA

Gwendolen Harleth ma wszystkie atuty które pozwalają jej marzyć o dobrym zamążpójściu. Jest wykształcona, piękna i inteligentna i przebojowa, umie postawić przed sobą priorytety którymi będzie się kierowała w życiu, jednym z nich jest dewiza „że nigdy nie będzie biedna”. Kiedy jej rodzina popada w kłopoty finansowe, decyduje się na ślub z jednym z bogatszych ludzi w okolicy, wiedząc o tym że Grandcourt, jej przyszły mąż, ma zobowiązania wobec innej kobiety. Szybko dokonuje odkrycia że jej małżonek jest zimny i wyrachowany a ona sama ma służyć jako ozdoba domu całkowicie podporządkowana woli swego Pana. Swoim rozczarowaniem, rozterkami i strachem dzieli się z Danielem Derondą, którego uważa za swojego jedynego przyjaciela. Daniel ogromnie zafascynowany osobą Gwendolen, jest w stanie zrobić dla niej wiele, pragnie pomóc, służyć jej oparciem. To dżentelmen w każdym calu, który nieoczekiwanie dla samego siebie staje się opiekunem innej kobiety, młodej żydówki Mirah Lapidoth którą ratuje przed samobójstwem. Sprawy zaczynają się coraz bardziej komplikować. W Mirah zakochuje się jego najlepszy przyjaciel, Gwendolen jest coraz bardziej przerażona swoimi relacjami z mężem i pragnie zapewnień Daniela że w krytycznej sytuacji ten pomoże jej. Sam Deronda, człowiek bez pozycji, wychowanek w domu sir Mallingera, dowiaduje się nowych rzeczy o swoim pochodzeniu.


Trzeci film to ekranizacja powieści George Eliot „Daniel Deronda” Jest to miniserial na który składają się trzy odcinki. Przyznaje że spośród tych obrazów o których jest tutaj mowa, to właśnie „Daniel Deronda” zrobił na mnie największe wrażenie. I to nie tylko świetna gra aktorska, podobnie doskonała część wizualna jak w poprzednich filmach, ale głównym atutem jest poruszająca fabuła. Doskonałe studium postaci, ich relacji, przemian jakie w nich zachodzą. To opowieść o poszukiwaniu samego siebie, swojego miejsca i przeznaczenia i choć streszczenie fabuły może brzmieć jak harlequine, zapewniam Was że nim nie jest, a to co najlepsze w tym filmie to brak schematów i element zaskoczenia.

wtorek, 4 sierpnia 2009

BALTAZAR I BLIMUNDA Jose Saramago


To moja pierwsza lektura obejmująca Projekt Nobliści, ale tak naprawdę inspiracją do sięgnięcia właśnie po ten tytuł była ta recenzja na blogu Buvljak

Przez całą książkę musiałam siebie samą upominać „To nie średniowiecze, to XVIII wiek”. Wyobraźnia jednak płatała mi figla a Saramago nie pomagał i mentalnie kierował w wieki dawne.

Portugalska rodzina królewska z niecierpliwością oczekuje potomka. Król w tej intencji składa śluby dotyczące wybudowaniu klasztoru i katedry jeśli Bóg pobłogosławi go potomstwem. Osiem miesięcy później na świat przychodzi księżniczka Maria Barbara i to za jej sprawą rusza budowa największej świątyni w Portugalii. Wydarzenie jakim jest wznoszenie katedry w Mafrze, jest częścią składową życia wszystkich obywateli. Jeśli nawet osobiście nie odczuwają trudów pracy, to przedsięwzięcie jest tak duże, że finansowo państwo staje się niewydolne.

Baltazar, jest jednym z tysięcy robotników pracujących przy wznoszeniu monumentalnej budowli. Wraz z Blimundą mieszkają w Mafrze. Ich zwyczajne z pozoru życie, cementuje nadzwyczajny związek oraz tajemnica budowy maszyny latającej. Ksiądz Wawrzyniec zaszczepił w nich entuzjazm związany z lataniem, udzielił niezbędnych rad jak maszyna ma wyglądać i w trójkę próbują powołać do życia „Latającego ptaka”. Ale nie jest prosto budować maszynę unoszącą się w przestworza jeśli jest się pionierem latania, a dodatkowo w każdej chwili można znaleźć się w centrum zainteresowania inkwizycji.


Niewątpliwie głównym bohaterem tej powieści jest katedra, to ona implikuje większość zdarzeń dotyczących wiodących postaci, jeśli nie bezpośrednio to staje się ich tłem. Może właśnie wątki dotyczące katedry i klasztoru, wszechobecnej w powieści religii, jakiejś totalnej niemocy społeczeństwa, szalejącej inkwizycji , wszechwładzy króla, spychały moją świadomość w średniowiecze. Myślę że jednak nie zmieniało to mojego odbioru głównych myśli autora.

Saramago stawia naprzeciw siebie dwie odmienne pary: królewską i tytułowych bohaterów. Ale jakże różne jest życie i ciele tych ludzi. Król Jan V bogaty rozkapryszony, rozpustny i nieobliczalny w swoich zachciankach i jego żona pobożna, poddająca się biegowi wydarzeń kobieta z zimnego kraju. Celem dla nich w życiu jest wypełnienie swych królewskich obowiązków, ceremoniałów, żyją jednak nie ze sobą ale obok siebie. Chciałoby się wprost napisać, bogaci ale nieszczęśliwi.

Zupełnie inny związek jest pomiędzy Baltazarem i Blimundą. To prawda że ubodzy, to prawda że doświadczeni przez los, On stracił rękę na wojnie, Ona żyje z piętnem córki czarownicy, ale mają siebie. Nie tylko rozumieją się bez słów, nie tylko ich uczucie trwa niezmiennie wiele lat, ale są zjednoczeni w swoich marzeniach o latającej maszynie.

Saramago jest pisarzem który oczekuje od czytelnika uwagi. Nie można śledzić tej powieści, rozpraszając się co chwila. Brak wyodrębnionych dialogów, czyli obecność ich w ciągłym tekście, zmusza do zwiększonej czujności podczas lektury. Także pojawiające się liczne dygresje i dygresje od dygresji, a pomiędzy nimi rozważania natury filozoficznej, mogą wybić z głównego wątku. Jednak skupienie uwagi, podążanie za myślą autora, jest jak najbardziej wynagrodzone wieloma bardzo udanymi opisami, przemyśleniami, spostrzeżeniami. To co zrobiło na mnie duże wrażenie to sposób narracji: z rezerwą, ironiczny, a jednocześnie dotykający najważniejszych spraw. Jedną z nich jest obecność kleru i Boga, w życiu Portugalczyków. Autor sięga po przerysowania i karykaturę tego co się dzieje wokół religii. Początkowo jest to nawet zabawne, w miarę przewracania następnych kartek, staje się jasne że pisarz ma na tym punkcie po prostu lekką paranoję

Nie zmienia to faktu że „Baltazar i Blimunda” są lekturą wartą przeczytania, zebrania kilku myśli natury uniwersalnej, zastanowienia się nad naszym własnym żywotem, i nad tym jak wiele w naszym życiu zależy od tak niewielu.

Autor: Jose Saramago
Wydawnictwo:Wydawniczy REBIS
Liczba stron:310
Rok wydania:1999

piątek, 24 lipca 2009

MALOWANY WELON William Somerset Maugham


Moja historia książki: Po obejrzeniu filmu stwierdziłam że może coś więcej kryje się w słowie pisanym i tak też książka trafiła w moje ręce


„Malowany Welon” , to opowieść o małżeństwie Kitty, Małżeństwie zawartym pośpiesznie, z obawy że młodsza siostra będzie tą która pierwsza wyjdzie za mąż. W połowie lat 30-tych panna z dobrego domu, niezamężna w wieku 25 lat budziła już lekki niepokój staropanieństwa. Ofiarą tego pośpiechu jest Walter, człowiek nieśmiały, zamknięty w sobie ale darzący prawdziwym uczuciem młodą Angielkę. Tuż po ślubie małżonkowie wyruszają do Chin. Kitty szybko się orientuje że jej decyzja była pomyłką i że nie o takim mężu marzyła. Walter jest spokojnym domatorem, unikającym towarzystwa, całkowicie oddany swojej pracy naukowej bakteriologa. Młoda żona szuka pocieszenia u Charliego, zastępcy gubernatora który wydaje jej się uosobieniem wszystkich cech których brakuje Walterowi. Romans wychodzi na światło dzienne. Walter stawia twardy warunek: jeśli Charlie uzyska rozwód i obieca że ożeni się z Kitty on uwolni ją od swojego towarzystwa. Przekonana o wielkim uczuciu jakim darzy ją kochanek, jest pewna że tak właśnie się stanie. Otrzymuje jednak jeden cios, jasny sygnał że Charlie nie ma zamiaru nic zmieniać w swoim życiu, a układ kochanek kochanka najbardziej mu odpowiada. Drugim ciosem jest decyzja Waltera o wyjeździe na prowincje, w obszary gdzie panuje cholera, by tam pomóc opanować zarazę, a żona ma mu w tym wyjeździe towarzyszyć. Młodej Angielce wydaje się że w tym momencie skończyło się już jej życie. Ale dopiero wtedy zaczyna realnie patrzeć na swoje relacje z mężem, rozpoczyna się prawdziwe dojrzewanie Kitty.


Cały ciężar powieści jest skupiony na Kitty, celem autora jest abyśmy poznali na tyle dobrze bohaterkę by zrozumieć wagę wszystkich przemian które w niej zachodzą. Tego jak odchodzi ze świata który znała i reguł które wyznawała, odkrywa rzeczy których wcześniej nie dostrzegła. Schemat tych zmian nie jest ani prosty ani jasno nakreślony. Wszystko jest jak w tym wierszu Byssa który dał tytuł tej powieści : malowana zasłona, którą żyjący Życiem zowią. Zasłona powoli odsłania się.

Film może mnie nie zachwycił ale ogromnie mi się podobał, niósł w sobie obietnicę, że książka jest dziełem głębokim, niosącym wiele pytań, że będzie wypełniona emocjami zawieszonymi gdzieś pomiędzy małżonkami. Wszystko jednak jest opisane z wielką rezerwą, tych oczekiwanych emocji w takim natężeniu nie odnalazłam. Rozczarowałam się także bardzo skromnymi informacjami na temat Chin, które są tylko egzotycznym tłem. Równie dobrze powieść mogła by się rozgrywać w każdym innym miejscu na świecie, miejscu które by zapewniały warunek izolacji i wyobcowania.

Nie żałuje jednak że poświęciłam czas tej lekturze, zawsze miałabym poczucie że coś straciłam że jej nie przeczytałam. W taką pułapkę złapał mnie Currant swoim filmem oraz Norton swoją grą.


Autor: William Somerset Maugham
Wydawnictwo:Świat Książki
Liczba stron:288
Rok wydania: 2007

środa, 22 lipca 2009

DOM NA KRAŃCU ŚWIATA Michael Cunningham


Mogłam się spodziewać, że literatura które oferuje Cunningham spodoba mi się. Znałam do tej pory „Godziny” i to o zgrozo tylko w wersji filmowej. Obraz bardzo mi się podoba ale zwlekałam z przeczytaniem książki. Przypadek sprawił że to „Dom na krańcu świata” był moim pierwszym spotkaniem z tym autorem.



Na historię opowiedzianą w tej książce spoglądamy oczami czterech narratorów. Jonathana- odrobinę przewrażliwionego, inteligentnego chłopaka, żyjącego z nieustająco obawą przed stałym związkiem. Clare- ekscentrycznej trzydziestoparolatki, z powiewem hipisowskiej przeszłości w jej zagmatwanym świecie. Bobbiego- poszukiwacza bezpiecznego domu, wiecznie nieobecnego na granicy rzeczywistości i metafizyki. Oraz Alice, która jest matką Jonathana, kobiety niespełnionej w swoim małżeństwie , obawiającej się wolności.

Co łączy te wszystkie osoby? Skomplikowane relacje które poznajemy na przestrzeni kilkunastu lat. Towarzyszymy nastoletniemu Bobiemu i Jonathanowi w okresie kiedy się poznają. Ich dojrzewanie, wzajemną fascynację możemy oglądać nie tyko z ich własnej perspektywy, ale także obecnej w ich życiu Alice. To daje czytelnikowi niezwykły wgląd w zmiany które zachodzą w bohaterach. Dom rodzinny Bobbiego, prawie nie istnieje, dlatego w niepostrzeżenie dla wszystkich, staje się nim rodzina Jonathana.. Wtapia się w nią by wreszcie zamieszkać na stałe. Przebywa w nim długo, dużo dłużej niż prawowity syn Alice, który wyjeżdża do collegu a potem układa sobie życie w Nowym Yorku. Ta nowa rodzina jednak po latach rozpada się. Alice ze względu na stan zdrowia swojego męża przenosi się do innego Stanu. Opuszczony Bobby szuka wsparcia u Jonathana, rusza do Nowego Yorku.

Jonathanowi wydaje się że poukładał swoje dorosłe życie. Ma dobrą pracę, uciech cielesnych dostarczają mu przygodni spotkani mężczyźni, a stabilizację emocjonalną zapewnia mu Clare, z którą wiąże go niezwykłe duchowe porozumienie. Pojawienie się Bobbiego wprowadza napięcie w małe mieszkanko na Manhatanie. Powstaje trójkąt o przedziwnych relacjach. Clare jest zakochana w Jonathanie , uwodzi Bobbiego , który ją fascynuje ale i staje się uzupełnienie jej przyjaciela. Jonathan jest zazdrosny o Clare, a także czego nie może przyznać przed samym sobą o Bobbiego. Sam Bobby jest najmniej skomplikowaną osobowością , a może najbardziej, kocha z równą siłą i Jonathana i Clare. Uffff. To nie dające się wtłoczyć w żadne schematy trio, podejmuje próbę uporządkowania zagmatwanych relacji i stworzenia prawdziwego domu.



Michael Cunningham łamiąc wszelkie schematy dotyczące rodziny, nie chce szokować swoich czytelników. Stawia za to mnóstwo pytań: czym jest tak naprawdę rodzina, kto ją może stworzyć? Czy bycie szczęśliwym razem, jest warte ceny odsunięcia poza nawias społeczny? Czy jesteśmy na tyle silni by dokonywać właściwych wyborów? Czy współczesne społeczeństwo, a raczej społeczeństwo wysoko uprzemysłowione, wyzbyło się wszelkich norm dotyczących tworzenia rodzinnego domu? Czy wprost przeciwnie mamy doczynienia z powrotem wartości rodzinnych ale może na innych zasadach?

Książka wciąga w wir myśli i uczuć czwórki narratorów. Jesteśmy wewnątrz nich jesteśmy obok nich , a wszystko poprowadzone ręką mistrza. Bardzo podobało mi się jak autor kreśli uczucia jak eksponuje wszelkie radości i obawy związane z poszukiwaniem swego miejsca na ziemi. Pomimo tego, nie ma jakiegoś zadęcia, książkę czyta się z zadziwiająco szybko, lecz obrazy , słowa, myśli – pozostają.

To dziwne ale po skończonej lekturze pomyślałam, że dla mnie mogłaby istnieć tylko pierwsza część, byłaby to opowieść doskonała. Jakaś tajemnica snuje się w początku tej powieści. Podróż do Nowego Yorku lekko mnie przytłoczyła. To nie znaczy, że powieść od tego miejsca była nieciekawa ale wyraźnie inna.


Obejrzałam także ekranizację. Najlepszym określeniem będzie; ciut rozczarowująca. Scenariusz co prawda napisał sam Michael Cunningham, ale zabrakło tego co najpiękniejsze w tej książce, anatomii uczuć i odczuć. Jeszcze raz X muza nie obroniła się. Książkę uważam za dzieło zdecydowanie lepsze. Za to Collin Farrel w roli Bobbiego rewalacyjny, dokładnie tak sobie wyobrażałam tę postać, wiecznie nieobecną, trochę nieśmiałą, zawieszoną gdzieś pomiędzy tu i tam. I właściwie jedynie dla tej roli warto sięgnąć po ten film.


Autor:Michael Cunningham
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron:428
Rok wydania: 2003

niedziela, 19 lipca 2009

MIŁOŚĆ PEONII Lisa See



Z wielkim entuzjazmem sięgnęłam po tę książkę. Temat od początku wydawał mi się wielce ekscytujący; miłość sięgająca poza ramy życia, a wszystko zawieszone w XVII-wiecznych Chinach.

Cały pomysł powieści Lisa See oparła na „Pawilonie Peonii” XVI-wiecznej operze. Nie był to jednak zwykły utwór, a dzieło kultowe wywierające niepokojący wpływ na młode dziewczęta. Siła jego była tak wielka, że wzorując się na bohaterce opery, nastolatki pragnęły tak jak ona, umierać z miłości. Dlatego też w wiek później, zabroniono druku i upowszechniania „Pawilonu Peonii”. Owoc zakazany smakuje jednak najlepiej, a brak dostępu do niego rozpalał wyobraźnie czytelniczek.

Tytułową Peonię poznajemy w dniu w którym słucha opery. „Pawilon Peonii” zna i kocha ale po raz pierwszy słowo pisane ogląda w wykonaniu aktorów. To nie tylko dzień uniesień i spełnienia marzeń ujrzenia tego utworu, to także dzień spotkania z miłością swego życia. Młody poeta staje się źródłem westchnień 16- letniej Peonii. Jej radość z tego uczucia jest tym większa, bo ukochany odwzajemnia tą miłość. Od tego momentu, młoda dziewczyna dzieli swoje życie pomiędzy dalszym studiowaniem opery oraz rozmyślaniem nad swym uczuciem do poety. Obok, prawie niezauważalnie dla niej samej, toczą się przygotowania do jej ślubu. Jak każda kobieta z dobrego domu, od dawna ma już wybranego męża. Nie zna go, ale jako dobra córka akceptuje wybór rodziców. Peonia poddaje się bezwolnie temu wszystkiemu, powoli umierając z miłości do ukochanego. Kilka dni przed datą ślubu odchodzi ze świata żywych, wkracza w świat duchów by tam z zaskoczeniem i przerażeniem stwierdzić, rzecz przed nią wcześniej zakrytą; przeznaczonym na jej męża mężczyzną był ów poeta którego tak kochała. Czy jako duch będzie miała możliwość zmiany losów jej i jej najbliższych? Towarzyszymy Peonii w nieustannym przenikaniu się świata żywych i umarłych, świata duchowego i realnego.

Czuje jednak rozczarowanie, rozwiązaniem tematu oraz poprowadzeniem narracji. To prawda że zalała mnie fala informacji na temat świata duchów w dawnych Chinach. Fala miejscami jednak była za wysoka i miałam problem z uporządkowaniem tej ogromniej wiedzy. Może to towarzyszące czytaniu upały, problemy ze skupieniem uwagi, brak wartkości akcji i jej przewidywalność, z kartki na kartkę zniechęcały mnie do lektury. Nie wywiązała się między mną a Peonią żadna nić porozumienia. Wydawała mi się od początku naiwną, egoistyczną osobą, która tak kieruje swoim i cudzym życiem by wypełnić je kolejnymi aktami żywcem wyjętymi z jej ukochanej opery. I to nawet miejscami stawało się większym priorytetem niż miłość do ukochanego poety. Ta dziewczyna mimo upływających lat niewiele się zmieniała i uczyła.

Co innego przykuło moją uwagę w tej opowieści. Przede wszystkim chęć zaistnienia na drodze artystycznej kobiet. Czas przebudzenia się tych wszystkich matek, córek, kochanek i konkubin, poprzez utwory poetyckie, komentarze do wielkich dzieł. To one, kobiety z wyższych sfer, zamknięte w swych wielkich posiadłościach- autonomicznych państwach których nigdy nie opuszczały, czuły, kochały i cierpiały. Odkrywały ze te uczucia można zamknąć w słowie, które może ulecieć z tych złotych klatek. Nigdy nie były wolne, całkowicie uzależnione od mężczyzna, a dodatkowo jako klasa uprzywilejowane miały od małego krępowane stopy, bo taki był kanon ówczesnego piękna. Ta ułomność uniemożliwiała praktyczne samodzielne poruszanie się. Wolność odnalazły właśnie w literaturze. W XVII nastąpiła fala utworów publikowanych przez kobiety, nie tylko na potrzeby rodzin, ale trafiały one także do szerszego grona czytelników. Zagadnienie to jest marginalne dla całej powieści ale bardzo interesujące w aspekcie społecznym.

„Miłość peonii” zmusiła mnie także do refleksji na temat anoreksji. To była przypadłość na którą umarła sama Peonia oraz jak można podejrzewać wiele młodych dziewczyn ówcześnie żyjących. Poetycko nazwana „Chorobą miłości” budziła strach i ogromny smutek u najbliższych. Problem musiał przybierać na sile, bo wiele wzmianek w ówczesnych kronikach donosiło o tym niepokojącym zjawisku.O tym że anoreksja nie jest chorobą nową, ale dotykała młode dziewczęta i kobiety już od setek lat wiedziałam wcześniej. W średniowieczu pod zasłoną pokutnych głodówek odchodziły z tego świata uświęcone dziewice. W historycznym aspekcie anoreksji zawsze przywołuje postać Klementyny Sobieskiej, wnuczki naszego króla Jana. Źródła podają że jadła mało lub w ogóle, żyjąc praktycznie samą wodą. Umarła z niedożywienia. Wcześniej jednak wydała na świat dwóch synów, i jeden z nich Karol Stuart, odegrał nie małą rolę w historycznych zawieruchach Europy. Mam jednak nadzieję, że pomimo tego że nadal bardzo trudno leczyć tą straszna choroby, wiemy o niej więcej, co pozwala nam uratować choć część młodych istnień.


Nie chce nikogo zniechęcać do tej powieści, bo pewnie nie zasługuje ona na to. Przekonajcie się sami czy „Miłość Peonii” Was porwie, mnie ledwie musnęła swoim skrzydłem, a to za mało.

Na półce czeka następna powieść Lisy See „ Kwiat śniegu i sekretny wachlarz”. Chyba jednak muszę zrobić pauzę, wejść w inne światy by powrócić z nowymi siłami do bohaterów Lisy See.

Autor: Lisa See
Wydawnictwo:Świat Książki
Liczba stron:400
Rok wydania: 2007