piątek, 6 września 2013

Urodzony Przestępca (Juvenile Offender)



Krótka notka o tym filmie, bo spotkało mnie jakieś święto i na kanale "Ale Kino" obejrzałam przypadkiem koreański dramat. A to dla mnie wydarzenie, że coś koreańskiego w polskiej TV i jakby mus wpisu ku pamięci, że jednak miało to miejsce. Film jest nowy bo z 2012 a na dodatek otrzymał nagrodę na festiwalu w Tokio, ponadto odkryłam właśnie, że jest wytypowany jako reprezentant Korei Południowej do nominacji Oscarowej 2014. Ufff czyli obraz nie byle jaki pojawił się w naszej polskiej stacji. 



Ji Gu ma niecałe 17 lat i już mocno pokomplikowane życie. Wychowuje go bardzo schorowany dziadek, a głównie to ulica staje się jego domem. Wplątany w kradzież ląduje w poprawczaku na jedenaście miesięcy. Pracownicy tej instytucji robią małe dochodzenie i odnajdują matkę chłopca. Udaje się go zwolnić z domu poprawczego pod warunkiem, że matka się nim zajmie. Ji Gu ma pierwszy raz w życiu okazję nie tylko aby spotkać swoją rodzicielkę, ale także by zamieszkać z nią. Wraz z nim przyglądamy się Jang Hyo Seung, trzydziestoparoletniej kobiecie, której życie to ciągły chaos. To walka o podstawowe rzeczy, takie jak praca i dach nad głową.Nic nie jest proste dla matki Ji Gu i dlatego jest mistrzynią w  kombinowaniu, oszukiwaniu, wykorzystywaniu innych. Trzeba jednak przyznać, że odzyskany niedawno syn staje się kimś naprawdę ważnym i pragnie zapewnić mu jak najlepsze warunki na jakie ją stać. Można by po prostu to zamknąć w zdaniu "biedna kobieta, tak się jej życie niezbyt poukładało". Poznając lepiej matkę, chłopak widzi, że to jej cechy charakteru są głównie odpowiedzialne za kompletnie nieuporządkowane życie. Beztroska, lekkomyślność, brak odpowiedzialności, infantylność stają się przyczyną tego w jakiej sytuacji znalazła się Hyo Seung. 



Jego krytyczne spojrzenie jednak musi ulec całkowitemu przewartościowaniu. Kilka tygodni po zwolnieniu z poprawczaka jeden z jego przyjaciół informuje go, że jego dziewczyna Kim Sae Rom jest w przytułku dla młodocianych i niedawno urodziła jego dziecko. Rodzice wyrzucili ją z domu, a brak możliwości utrzymania  siebie i dziecka zmusił ją by oddać synka Ji Gu do Domu Dziecka. Teraz nasz główny bohater spogląda na swoją matkę przez pryzmat swojej dziewczyny. Nagle okazuje się, że historia odtwarza się z niezwykłą wprost dokładnością. Sae Rom, podobnie jak jego matka zostaje bez środków do życia, bez wykształcenia i z piętnem młodocianej matki. Ji Gu postanawia jednak wziąć odpowiedzialność za synka i swoją dziewczynę. Czy mu się uda? Zostawiam Was z tym pytaniem. 


Społecznie na pewno wiele bardzo ważnych pytań padło w tym obrazie. Przede wszystkim nic tutaj nie jest czarno-białe, a wszystkie decyzje, wybory, głównych bohaterów są ogromnie problematyczne i trudno je oceniać jednowymiarowo. Nie jest to także bajka, bo jak to w życiu bywa, nie wystarczy tylko chcieć i się starać ale trzeba mieć też trochę szczęścia, bo wszystko potoczyło się tak sobie to zaplanowaliśmy. 



 Trudno mi ocenić ten film, wiem, że porusza bardzo ważne obszary, jest zaangażowany, dobrze zagrany i niesie obraz nie tej kolorowej Korei, ale tej prawdziwej obejmującej życie zwykłych, biednych ludzi. Jednak do końca nie zrozumiałam przesłania, bo dla mnie jedynym najważniejszym pytaniem jakie stawia ten obraz, to czy ktoś jest w stanie wyrwać się z kręgów w których się wychowuje? Jest taka prawda, że biedę się dziedziczy, pewne zachowania ze środowiska w którym się przebywa także się przejmuje jako własne, tak więc ogromnie trudno to przezwyciężyć i stać się innym. Tylko pytanie czy ten obraz jest odkrywczy, czy tylko jest pewnego rodzaju rejestracją stanu zastanego? Dla mnie to dość przejrzystą analiza problemu urodzonego przestępcy z ciekawym rysem matki, której kolejne potknięcia i błędy nie pozwalają na osiągnięcie stabilizacji.

Moja ocena 6/10

czwartek, 5 września 2013

G Dragon Coup d'Etat


Podchodziłam kilka razy klawiatury aby napisać o tej nowej płycie Dragona. Może dobrze, że się wczoraj powstrzymałam przed tym wpisem, bo dzisiaj rano Kwon Ji Yong zaatakował nas nowym MV. Trzy dni po tytułowym Coup d'etat wyszedł następny klip. Nie wiem gdzie tak pędzimy, ale widocznie ma to jakiś głębszy sens, głównie pewnie obejmujący promocję drugiej części płyty. 

Jęczę tak bez sensu bo jestem równie pogubiona jak Dragon. Po pierwsze, moja reakcja na Coup d'Etat była następująca:  utwór daje radę, ale bez przesady, istnieją wszystkie składniki, ale jakby nikt go nie wykończył, nie dał mu czegoś magicznego co by dało mu status przeboju. Przyznaje, że z czasem osłuchałam się i lepiej go odbieram, ale coś czuje, że nie zwariuje na jego punkcie. Same MV najwyższej klasy, to muszę przyznać, eleganckie w klimacie, który pewnie sobie zamarzył Smoczek, wszystko się zgadza poza tym, że ja nie bardzo trawię takie horrorystyczne historie, ale doceniam wizualnie, bardzo fajnie. 


Tak jak wspomniałam, dzisiaj dostaliśmy następny klip tym razem do Crooked i powiem szczerze taka wersja wizualizacji utworu chyba bardziej do mnie przemawia. Piosenka, bardziej żywa, ale niczego wesołego w niej nie odnajdziecie, prawdziwy krzyk rozpaczy Dragona, jego kolejna elegia na temat samotności. To jest prawdziwy on, tutaj się go naprawdę czuje każdym bitem i nerwem wykrzyczanego tekstu. 


Powtórzę się po raz setny na tym blogu, Dragon jest mocno zagubiony w swoim świecie wielkiej gwiazdy, może nie artystycznie, ale mentalnie, sam ze sobą coraz słabiej się dogaduje. Nie piszę tego aby się nad nim pastwić, ale dlatego, że bardzo mu kibicuje i chciałabym aby był w lepszej formie psychicznej. Klip z chłopcami z UK głównie trafia do mnie poprzez stylizacje Dragona, który tak bardzo się wyróżnia na tej Londyńskiej ulicy. (i jesszcze tam takie tralalalala fujoshowe różne smaczki :P)

Cała płyta - no cóż, nadal jej słucham. Jest zdecydowanie bardziej stonowana niż ta poprzednia. Mogę napisać jedynie lakonicznie, że nie jest zła. Najbardziej zakręciła mną piosenka "Black" wykonywana z Jenny Kim, a to dlatego, proszę państwa, że jest tak Epikowa, że aż mnie boli. To ten klimat epikowy mną tak zakręcił, pozostałe utwory jeszcze muszą się uleżeć w mojej głowie. Wrażenie ogólne odnoszę jednak takie, że smutno, szaro i ponuro i ogólnie nie wesoło w głowie G Dragona. Nie zmieniam jednak zdania, to wielki artysty i kim ja jestem aby go krytykować w obszarze jego dokonań muzycznych? Czy mi się podoba, czy nie i tak będę słuchać i oglądać Dragona i starać się śledzić co tam jeszcze ma do przekazania światu.

środa, 4 września 2013

Lotte Duty Free- reklama




Bardzo lubię reklamy tej firmy, bynajmniej nie tylko z tego powodu, że Jang Geun Suk w nich występuję, ale że wnoszą jakąś taką pozytywną energię. Przynajmniej ja je tak odbieram. I najważniejsze, można się napatrzeć na przystojniaków :D Jedna babeczka bynajmniej nie zawadza.

Oto lista wykonawców:
Super Junior, 2PM, Cho Shin Sung, Kim Hyun Joong, Jang Geun Suk, Song Seung Heon, Choi Ji Woo, and Lin Chi Ling.

Ja wszystkich nie rozpoznałam, ale tego najważniejszego z pewnością ;)



wtorek, 3 września 2013

"Rafael Bielecki" Anika Stasińska



To może na wstępie, zamiast powtarzającej się fabuły, trochę analizy jak to się stało, że ja, właścicielka tego bloga, przeczytałam przygody Bieleckiego, mało tego jeszcze chce mi się coś skrobnąć na ten temat.

Jakieś trzy,albo już może cztery tygodnie temu,odbyłam tematyczną rozmowę z Miriel na temat yaoi fanfików. Trochę czytam, ale wtedy radośnie oznajmiłam, że jedynej rzeczy której nie tykam to drarry, snarry i wszelkie paskudztwa związane z Harrym Potterem. Nie żebym nie trawiła Rowling, a wprost przeciwnie, bardzo lubię to co ta genialna kobieta dała światu. I z szacunku do jej twórczości jakiś taki niesmak we mnie to wzbudzało do tej pory. Echhhh, mój umysł jest już dawno zdegradowany i chyba wciąga wszystko co się nawinie i nie chce mnie przepraszać, a na dodatek jeszcze się perfidnie cieszy, zamiast popaść w autoskruchę.
No ale do końca nie czuje się winna, bo kupuje wszystko co wydaje Kotori. Z tegóż to powodu radośnie zgarnęłam z półki Bieleckiego bez świadomości o czym to dokładanie jest. Lenistwo moje sięgnęło zenitu bo nie zajrzałam na ostrzegawcze napisy na okładce, dla mojego wytłumaczenia małymi literkami były, ani nie popełniłam najmniejszego wysiłku by sobie poczytać co autorka miała do powiedzenia w stronę czytelnika na tylnej okładce.

Inteligencja się jednak w szczątkowej formie we mnie tli i już po kilku stronach doznałam olśnienia, że to coś jednak potterowego. Ponieważ zalała mnie taka nadzwyczajna forma przekazu, której na początku nie ogarnęłam, plus to, że miałam ogromne podejrzenie, że będzie jakoś tak za bardzo nawiązująca fabuła rzuciłam dzieło Aniki w kąt. Przyznaje jednak, że zaśmiałam się kilka razy podczas tych kilku marnych karteczek.Widocznie na przygody Rafaela musiał przyjść odpowiedni czas, bo po dwóch tygodniach wrócił do łask i się okazał najwspanialszym odstresowywaczem na moje nie wesołe przygody ostatnimi czasy.

W krótkich żołnierskich słowach. Fabuła rzeczywiście sięga do pomysłów z Harrego Pottera, ale jest to tak świetnie zrobione i nie jest  jakąś tam wierną kopią a tylko bardzo głębokim nawiązaniem, że gładko przełknęłam wszystko czym mnie poczęstowała autorka. No może miałam lekką niestrawność momentami, bo jednak nagromadzenie wypadków i dziwnych przypadków było ogromne i brak normalnej konwersacji pomiędzy bohaterami czasami był lekko nużący. Nie zaciemnia jednak to obrazu, że zgrabnie to wszystko wyszło a przede wszystkim mi wyszło na zdrowie bo się świetnie bawiłam tą historią, historią Rafaela Bieleckiego który wprost z warszawskiej Pragi trafia do Hogpartu. Przeżywa właściwie nieprzerwany szok przez 500 (bez 4 dokładnie) bitych stron tekstu.

To co koniecznie muszę docenić, to wbicie mnie w podłogę formą, której nigdy wcześniej nie zaznałam. Ilość inwektywów, porównań, zgrabnych nawiązań, wymyślnych przekleństw, tudzież pełnych jadów określeń, było iście mistrzowskie. Ponadto, ta wszędzie panosząca się swojskość, polskość i warszawskość nie ma sobie równych i nikt z obcym językiem w gębie z pewnością by tego nie zrozumiał, jak pięknie nam to autorka ujęła. Jestem dumna bo dzieło to jest ewidentnie przeznaczone wyłącznie na polski rynek, co mnie osobiście jakoś tak łechcze w dumę narodową.

Piszę teraz opowiadanie, które wydawało mi się śmieszne, wydawało mi się dopóki nie ogarnęłam Bieleckiego, który nie dość, że naprawdę zaskakuje, przy czym nie łamiąc żadnych potterowych i yaoiwcowych schematów, to wprowadza człowieka w tak doskonały humor, fundując mu salwy śmiechu podczas czytania, tudzież banana na twarzy przez trzy czwarte książki, że naprawdę pełen szacun. 

Nie zawiodłam się na Kotori, oni naprawdę robią kawał dobrej roboty na rynku polskim, dlatego nie zmieniam zdania i kupuje wszystko co sobie zamarzą i wydadzą. I tak na marginesie udało mi się na szczęście doczytać, że to dopiero pierwsza część przygód Bieleckiego,czekam więc na tą następną czy tam następne, bo tego też nie sprawdziłam, ale ile by nie było pewnie i tak kupię.

sobota, 24 sierpnia 2013

Ayumi Kasai



Tak wiem, niektórzy zaczną się dziwić, jak się mogłam uchować do dzisiaj i nie zarejestrować istnienia tej artystki. Właściwie sama się temu dziwię, ale widocznie takie są koleje losu, że dane mi było ją odkryć zupełnie niedawno. No i co? No i oszalałam jak wiele innych osób. Przyglądam się tym rysunkom i wpadam w totalny zachwyt ponieważ są one dla mnie kwintesencją sztuki rysowania mangi, ducha Japonii i sięgania do korzeni tradycyjnego drzeworytów i  szkiców  z kraju kwitnącej wiśni.



Ayumi Kasai tworzy często prace abstrakcyjne, gdzie obraz przepełnia głęboka symbolika i niezwykły surrealizm. Jej prace wydają mi się surowe, czasami z bałaganem, który trudno ogarnąć. Nie przeszkadza to jednak by niosły w sobie niezwykłe doznania wizualne i duchowe. I to co na wielu jej rysunkach robi na mnie ogromne wrażenie, to ta perspektywa z której oglądający podziwia daną scenę. Zakochałam się w jej pracach.



Jeśli ktoś miałby namiary na jej mangi po angielsku, to byłabym bardzo wdzięczna o info na ten temat. Oczywiście bardzo, ale to bardzo chce je przeczytać, chyba w sumie tak bardzo, że właściwie po japońsku też mogę pooglądać :)



sobota, 10 sierpnia 2013

Bad Romance (Hua Wei Mei)



Ten film to zaskoczenie, niezwykła miła niespodzianka, odkrycie, które z pewnością na długo zapamiętam. Nie miałam żadnych oczekiwań i może dlatego tak bardzo jestem zadowolona, że obejrzałam ten film. Oczywiście znalezisko po kluczu queerowym, a raczej po linkach z youtuba. Myliłby się ktoś, kto chciałby spłycić ten obraz do historii spod znaku LGBT, bo pomimo kluczowych wątków w tych obszarach, opowiada on o rzeczach uniwersalnych, a nie tych bezpośrednio związanych z orientacją.

Mamy więc dramat w trzech aktach. Wszystkie trzy jednak rozgrywają się jednocześnie, istnieją nici, pewne subtelne powiązania, które pozwalają prawie niezauważalnie splatać się tym trzem wątkom.

Xiao jest kobietą, która żyje w oczekiwaniu na tą jedną prawdziwą miłość. Poprzedni związek ją zawiódł, a całe swoje uczucie przerzuciła na syna, który pomimo tego, że istnieje tak naprawdę nie zajmuje jej całego świata. Niezwykle elegancka, delikatna i pełna kobiecego uroku jest z pewnością obiektem pożądania wielu mężczyzn. Chce jednak być ostrożna, nie popełnić żadnego błędu spotykając się z nimi. Dlatego z pewną rezerwą podchodzi do propozycji obiadu z kuzynem swojej znajomej, on jednak okazuje się mistrzem uwodzenia Xiao. Jego subtelne zaloty w niezwykle eleganckim stylu, oczarowują młodą kobietę.Romans wydaje się być tym co jest w stanie wypełnić puste życie Xiao.
Bei Si spotyka po dwóch latach, kogoś kto potrafił w jeden wieczór zawrócić mu całkowicie w głowie. Liu Cong w przeszłości, znika bez słowa, tym razem jednak to on podejmuje inicjatywę by odnowić, dawną przelotną znajomość. Bei Si jest targany sprzecznymi emocjami, z jednej strony jest szczęśliwy, że pojawił się ten na którym mu naprawdę zależy, z drugiej widzi, że za Liu Cong ciągną się sprawy niezamkniętego związku. Kiedy jednak ten staje z walizką w jego drzwiach, właściwie o nic nie pyta przyjmuje go pod swój dach. Jego nowy współlokator utrzymuje jednak nieustającą rezerwę, znika wieczorami i bardzo pilnuje swojej prywatności. Dla zakochanego w nim Bei Si kilka przypadkowych wskazówek jest tak naprawdę dowodem na to, że nie może liczyć na poważny związek, raczej jego mieszkanie stało się jedynie hotelem.

Francois, Loulou i Yasmine spotykają się na konwersacjach z języka francuskiego. Postanawiają poznać się także bliżej, poza zajęciami. Dwie kobiety, Loulou i Yasmine bardzo szybko ulegają wzajemnej fascynacji. Gdzieś z boku jednak ciągle jest Francois, który wyraźnie jest zainteresowany Yasmine. Wzajemne relacje dziewczyn zaczynają go denerwować i pewnego wieczoru uwodzi Loulou jednocześnie dając jej jasno do zrozumienia, żeby zostawiła w spokoju Yasmine.
Pisząc o tych trzech wątkach, myślę sobie banały, a raczej nic nowego, ale w przypadku tego filmu jest coś co go wyróżnia. To sposób w jaki prowadzone są te historie, sposób w jaki mówi się, słucha i patrzy na miłość. Minimum dialogów, maksimum doznań wizualnych i dźwiękowych. Estetyka obrazu naprawdę najlepszej próby, muzyka doskonała, po prostu idealnie pasująca do atmosfery tego filmu. A klimat niezwykły,człowiek ma wrażenie,że historia nie toczy się w zatłoczonym Pekinie a gdzieś na prowincji francuskiego miasteczka. Bo Francja i jej estetyka wzbogacona o kulturę chińską odgrywa zdecydowanie bardzo ważną rolę w tej historii. Cieszę się jednak, że nie jest to film zachodni bo zapewne by zaprzepaszczono to co najważniejsze -emocje, tutaj ich nie zabrakło, za przepiękną fasadą z obrazu, kryje się tak wiele uczuć; miłość, zazdrość, fascynacja, pożądanie, tęsknota, samotność. To wszystko dotyka siódemkę głównych bohaterów, są uwikłani w swoje oczekiwania, których spełnienie właściwie jest niemożliwe. Życie daje raczej gorzką lekcję miłości niż zakończenie z happy endem. Film jednak nie stawia jednoznacznych odpowiedzi, reżyser i scenarzysta i odtwórca roli Francois w jednej osobie, Francois Cheng, pozostawia widza raczej z wieloma pytaniami, dotyczącymi za równo samej fabuły jak i istoty uczuć, które targają głównymi bohaterami.


Może całość nie zrobiłaby na mnie aż takiego wrażenia gdyby nie jeden z aktorów, który przykuł całkowicie moją uwagę. Will Bay grający nieszczęśliwie zakochanego Bei Si to niezaprzeczalnie gwiazda tego filmu. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy przeczytałam, że był to jego debiut. Podziwiam więc mistrzostwo w sferze gry aktorskiej. Nie mogłam wzroku od niego oderwać, nie tylko jego przystojność miała znaczenie, ale było coś w tym jak prowadził tą postać, co mnie wzruszało, co pozwoliło na to by całkowicie uwierzyć w cierpienie i zagubienie jego bohatera.

Dla mnie osobiście mistrzowskie dzieło, z widoczną, lecz mi nie przeszkadzającą manierą naśladowania wybitnych ludzi kina zachodniego. Symboliką, która momentami jest odrobinę przesadzona i zbyt natarczywa, ale bynajmniej nie męcząca. I jeśli ktoś chce ten film upchnąć pod sztandarem jedynie LGBT, to będzie to niezwykle wąskie spojrzenie na ten obraz. To była próba uchwycenia tego co ulotne, oniryczne, co dotyka każdego człowieka, ale tutaj mamy wszystko w bardzo poetycki sposób podane. I taka stylistyka bardzo do mnie trafia. No ale ja czasami jestem dziwna, dlatego daje tak dużo punktów.

Moja ocena 9,5/10

czwartek, 8 sierpnia 2013

Piękny Bokser



Słyszałam już wcześniej o tym filmie, jego tytuł przewijał się na różnych branżowych listach, ale nie było okazji aby go obejrzeć. Zahaczając temat ladyboys ponownie się przypomniał i stwierdziłam dlaczego by nie zerknąć na dzieło Ekachai Uekrongthama

Historia wciąga od pierwszych mrocznych kadrów, kiedy to wędrujemy wraz z pewnym dziennikarzem po klubach i ulicach Bankoku w poszukiwaniu Nong Tooma, sławnego tajboksera. Poszukiwania kończą się sukcesem i po sporym zamieszaniu na ulicy udaj się spotkać Tooma, który obecnie wygląda jak kobieta. Dziennikarz nie ma większych problemów z namówieniem gwiazdy bokserskiej by opowiedziała swoją historię. Poznajemy więc losy małego chłopca, który już jako parolatek jest niezwykle zafascynowany wszystkim co pozwoli mu choć przez chwilę czuć się jak dziewczynka. Ukradkiem lub czasami bardziej jawnie próbuje to podkreślić makijażem i strojem. Jego rodzina zauważa co się dzieje z małym Toomem, ojciec jest zaniepokojony, że stanie się transwestytą, matka przyjmuje to z większym spokojem. Losy przyszłego mistrza są naznaczone wieloma rozterkami w związku z rozdarciem pomiędzy tym jak się czuje a jakie posiada ciało. Ani religia, ani przyjaciele czy rodzina nie rozwiązują mentalnych dylematów młodego człowieka. Jest jednak ktoś, kto daje mu wskazówkę, coś co pozwala mu mieć nadzieję, że kiedyś odnajdzie spokój. To wędrowny mnich, któremu towarzyszy mały Toom, na pytanie chłopca o to " czy jeśli będzie spełniał dobre uczynki w tym życiu, spełni się to czego pragnie w przyszłym wcieleniu?" odpowiada " że ta nagroda może go spotkać już teraz". To jedna z piękniejszych scen, niosąca ziarno wyzwolenia, poczucia, że wszystko jest możliwe.
To co jednak jest priorytetem dla małego a później młodego Tooma to pomoc rodzinie, która żyje w strasznej biedzie. Wyrastając na postawną ale niezwykle delikatną osobę, jest ostatnim człowiekiem, którego można by posądzać o to, że lubi się bić. Bardziej z przypadku niż świadomie zostaje wciągnięty na ring podczas festynu i wygrywa walkę. Duża nagroda pieniężna, robi na naszym bohaterze ogromne wrażenie, dzięki niej jego bliscy mają przez wiele dni co jeść. Po wielu wahaniach, rozpoczyna treningi tajbokserskie. On ,który nie jest w stanie nikogo uderzyć, który nie umie się bronić, musi przełamywać swoją nieśmiałość, swoją delikatność by móc pokonać przeciwnika.Szkoleniowcy dostrzegają jego talent a on sam odnajduje piękno w tym sporcie, dzięki czemu łatwiej mu się w nim doskonalić. Jego tajemnica pragnienia bycia kobietą jednak wychodzi na jaw, trener dowiaduj się, że Toom uwielbia nakładać sobie makijaż, postanawia wykorzystać to jako atut marketingowy, by zwiększyć zainteresowanie walkami swojego podopiecznego. I tak swoją pozorną słabość Toom zaczyna przemieniać w siłę, czym więcej z niego szydzą, tym mocniej uderza.

Parinya Kiatbusaba

Ten scenariusz napisało życie a nie uzdolniony scenarzysta. To prawdziwa historia Parinya Kiatbusaba znanej jako Nung Toom. Gwiazdy boksu tajskiego, która dość szybko dostrzega, że to wszystko co się wokół niej dzieje to cyrk, tworzony ku uciesze publiczności, a ona sama coraz mniej odnajduje się w tym co ją otacza. Najbardziej chyba boli to, że jest oskarżana o to, że udaje transseksualistę tylko po to by przyciągnąć tłumy na swoje walki. Zaczyna także uświadamiać sobie, że już dłużej nie jest w stanie tak funkcjonować, ani żyć w zawieszeniu pomiędzy płciami.

Film naprawdę niezwykle pięknie opowiada o zagmatwanym życiu osoby uwięzionej nie w tym ciele, które powinno być jej przeznaczone. O walce nie tylko społecznej o prawo bycia sobą, ale przede wszystkim tej wewnętrznej burzy, która niesie ogromne cierpienia związane z rozbieżnością pomiędzy tym jak się jest postrzeganym a co się czuje. Ten obraz opowiada także o tym, że już jako kobieta, pomimo spełnienia swojego największego pragnienia, Parinya tęskni za Toomem. Niesie też przesłanie, by być po prostu sobą, że czasami to co się wydaje, że inni nie zaakceptują stanie się czymś co pozwoli spełnić marzenia, dokona się to co było przeznaczone, ale na skutek pomyłki tylko odroczone w czasie.

Trudne kwestie, ale niezwykle piękny sposób opowiedziane. Jeśli kogoś interesuje ta tematyka lub chce ją poznać bliżej- polecam
Moja ocena 7/10