wtorek, 10 sierpnia 2010
Kwiat śniegu i sekretny wachlarz Lisa See
Po rocznej przerwie wróciłam do Lisy See. I tak jak obiecywały blogerki rzeczywiście ta powieść jest lepsza od Miłości Peonii.
Kwiat śniegu to opowieść o życiu Lili, której przyszło żyć w dziewiętnastowiecznych Chinach. Lilia podlegała prawom i zwyczajom które były standardem w ówczesnym Państwie Środka. Dzięki temu śledzimy życie kobiety praktycznie od narodzin do śmierci która całkowicie podporządkowuje się obowiązującym normom społecznym. A był to okres trudny dla kobiet ze względu na ich status bezwartościowych ludzi. W każdej rodzinie czekano tylko na synów, to oni gwarantowali dobrobyt i szczęście. Narodziny córki były problemem chyba że istniały perspektywy wydania jej dobrze za mąż. Takie szczęście spotkało Lilie, która pochodziła z niezbyt zamożnej rodziny ale dzięki staraniom matki i opatrzności losu przeznaczono jej na męża bogatego człowieka. Jednak by ta droga jej awansu społecznego była bardziej wiarygodna zaproponowano związek laotong. To wyjątkowe więzy które łączyły dwie kobiety na całe życie, ale miały także pewne podstawy prawne. I to właśnie ten związek Lilii i Kwiatu Śniegu jest osią wszystkich zdarzeń. Bo nikt na świecie nie był ważniejszy niż laotong. Przyglądamy się więc relacją dwóch kobiet, które były sobie ogromnie bliskie, bo łączyło ich nie tylko przeznaczenia ale i wspólne odpieranie rzeczywistości tamtych lat.
Mężczyźni w tej powieści nie istnieją, tak jak prawie nie istnieli w świecie ówczesnych kobiet, choć oczywiście to oni byli kreatorami świata zewnętrznego który otaczał boahterki. Zamknięte w swych posiadłościach nie tylko ze względu na problemy w poruszaniu się na bardzo małych stopach ale i z powodu norm obowiązujących, żyły w izolacji. Relacje pomiędzy córkami, matkami, żonami i konkubinami były istotą istnienia, były sensem każdego dnia. To odrębny świat, który wymagał nie tylko znajomości praw nim rządzących, do tego wszystkie córki były przygotowane od dzieciństwa, ale także znajomości specjalnego pisma, którym porozumiewały się pomiędzy sobą kobiety. Ten język był pomostem który pozwalał wyrazić wszystkie uczucia, rozterki, bolączki teraźniejszości, osobom które przeżywały te same radości i smutki. Dla Lilli i Kwiatu Śniegu to wachlarz zapisany tajemnym pismem kobiet staje się kroniką życia obu bohaterek które połączyła niesamowita duchowa więź. Jest także księgą wzajemnego niezrozumienia i poczucia zdrady oraz straty ukochanej osoby.
Wszystko co dotyczy bohaterki jest obrazem który maluje nam ilustracje tamtych czasów. I to jest najbardziej interesujące dla mnie w tej książce. Nie rozterki uczuciowe i dylematy Lili ale właśnie ta fasada zbudowane wokół niej. Jest ona tyle doskonała że bez trudu przenosimy się w tamten okres próbując zrozumieć sytuacje w której się znalazła Filtrujemy wszystko przez zachodnią cywilizację i otrzymujemy bardzo ciekawy obraz Wschodu, który nieustannie nas fascynuje i przyciąga. To właśnie te różnice są najcenniejsze w powieści See.
Autor: Lisa See
Wydawnictwo:Świat Książki
Liczba stron:352
Rok wydania:2004
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Elżbieta Cherezińska,moje dedykacje
Pomimo tego że błędnik mi zwariował dwa dni wcześniej, szłam na targi książki bardziej płynąc niż idąc, to jestem ogromnie szczęśliwa że dotarłam na spotkanie z autorką. To co w książkach było tylko zapowiedzią miało dokładne odzwierciedlenie w bezpośrednim kontakcie z pisarką. Jestem zauroczona Panią Elżbietą Cherezińską, jej wiedzą, erudycją , bezpośredniością czyli same ochy i achy. Dziękuje bardzo za wspólną dyskusje i czekam z niecierpliwością na nowe książki. A dla zainteresowanych donoszę że była rozważana możliwość kontynuacji losów Szczury na blogu Północna Droga. Oczekuje i Szczury i Einara i wszystkiego co wyjdzie spod pióra Elżbiety Cherezińskiej.
To spotkanie było niezwykle energetyzujące i ważne. A oto dedykacje które otrzymałam, ja wierna fanka:)
To spotkanie było niezwykle energetyzujące i ważne. A oto dedykacje które otrzymałam, ja wierna fanka:)
sobota, 12 czerwca 2010
Philippe Besson .Powroty które nigdy nie nudzą
Philippe Besson moje prywatne koło ratunkowe
Czy kiedykolwiek opowiada się historię inną niż własną?
Nie czytam niczego nowego. Zanurzam się w bezpiecznych powieściach które znam lubię a przede wszystkim przynoszą mi ukojenie. Autorem którego czepiam się obsesyjnie gdy zawirowania dnia codziennego zaczynają mnie przerastać jest Besson. Zdaje sobie sprawę że język tego pisarza jest specyficzny a temat wszystkich powieści zbliżony. I to niektórych z pewnością razi że tło i istota wszystkiego oscyluje wokół homoseksualizmu. Dla mnie to nie ma większego znaczenia, a może jest przez to jeszcze prawdziwsze? Wiem że dobrze rozumiemy się z Bessonem bo kochamy tych samych ludzi, te same miejsca, te same emocje. Każde zdanie wydaje mi się głęboko prawdziwe, każda opowieść staje się moją historią..
Zakochałam się w prozie Philippa Bessona czytając „Pod nieobecność mężczyzn”. To była gra pomiędzy mną a autorem ile jeszcze odnajdę szczegółów, odwołań i słów hołdu składanego naszym wspólnym idolom literackim. Ta zabawa mnie wciągnęła choć nie zawsze jest na równie wysokim poziomie. Może ktoś kto poszukuje poetyki słowa, uniwersum w prostym zdaniu, miłości jako epicentrum zdarzeń, odkryje dzięki tym kilku słowom geniusz francuskiego autora.
Wszystkie powieści Bessona to ciągle to samo studium, ta sama opowieść opowiadana od nowa. Te powroty nigdy mnie nie nudzą.
Czy kiedykolwiek opowiada się historię inną niż własną?
Nie czytam niczego nowego. Zanurzam się w bezpiecznych powieściach które znam lubię a przede wszystkim przynoszą mi ukojenie. Autorem którego czepiam się obsesyjnie gdy zawirowania dnia codziennego zaczynają mnie przerastać jest Besson. Zdaje sobie sprawę że język tego pisarza jest specyficzny a temat wszystkich powieści zbliżony. I to niektórych z pewnością razi że tło i istota wszystkiego oscyluje wokół homoseksualizmu. Dla mnie to nie ma większego znaczenia, a może jest przez to jeszcze prawdziwsze? Wiem że dobrze rozumiemy się z Bessonem bo kochamy tych samych ludzi, te same miejsca, te same emocje. Każde zdanie wydaje mi się głęboko prawdziwe, każda opowieść staje się moją historią..
Zakochałam się w prozie Philippa Bessona czytając „Pod nieobecność mężczyzn”. To była gra pomiędzy mną a autorem ile jeszcze odnajdę szczegółów, odwołań i słów hołdu składanego naszym wspólnym idolom literackim. Ta zabawa mnie wciągnęła choć nie zawsze jest na równie wysokim poziomie. Może ktoś kto poszukuje poetyki słowa, uniwersum w prostym zdaniu, miłości jako epicentrum zdarzeń, odkryje dzięki tym kilku słowom geniusz francuskiego autora.
Wszystkie powieści Bessona to ciągle to samo studium, ta sama opowieść opowiadana od nowa. Te powroty nigdy mnie nie nudzą.
czwartek, 13 maja 2010
Elżbieta Cherezińska JA JESTEM HALDERD
Słucham nowej pieśni północy. Melodia prawie ta sama ale słowa zmienione, tym razem ogień je roznieca, wzburzone fale gnają przed siebie. Znowu jestem w średniowiecznej Norwegii, patrzę jednak innymi oczami, przeżywam życie wraz Halderd, to co jej pisane
A los niesie, słabych i nieudolnych rodziców, gorycz nieszczęścia i wygnania z powodu haniebnego czynu brata, bardzo wczesne małżeństwo by uwolnić się od biedy i goryczy. To jednak pozorna wolność, choć Halderd staje się żoną jarla Helgiego, jednego z 8 najmożniejszych Panów Północy, musi jednak się ugiąć . Przeznaczenie wrzuciło ją w ramiona męża prostaka, dla którego wojna oręż i alkohol są kolejnymi Bogami, a młoda żona jest pięknym dodatkiem do pozycji. Z kolei jej pozycja ciągle jest zagrożona więc musi dobrze wypełniać swe obowiązki by nie stracić łaski swego męża. Jest silna robi wszystko co nakazuje chwila: jest Panią Ynge, jest głową rodu gdy trzeba, jest kochanką na każde zawołanie, jest w końcu matką dorodnych synów. Ale czytelnik ma ten przywilej że wie, że pod tą potulną maską, jest uwięziona moc, mądrość i siła, które czekają tylko na przebudzenie. Ono nadchodzi za wcześnie, choć dobrze skrywane, w Haldard wybucha miłość do mężczyzny jej życia. To uczucie napędza już wszystko, z nim przychodzi wolność, ale dziwna i o gorzkim posmaku. Następuje przedziwny sojusz z nowym Bogiem, by mogła się liczyć w walce o dobro swych synów, całego klanu i swego ukochanego. Chrystus kroczy obok niej ale nie razem z nią, nie podają sobie ręki. Oto Halderd, która patrzy daleko poza czas w którym przyszło jej żyć.
Gdyby się tak zdarzyło że nie czytaliście Sagi Sigrun a sięgnięcie w pierwszej kolejności po "Ja jestem Halderd", nic straconego. Seria Północna Droga jest tak pomyślana że bez obaw można rozpocząć przygodę z prozą Elżbiety Cherezińskiej od tego właśnie miejsca. Ale ileż radości sprawia przenikania się światów dwóch kobiet, odkrywanie tego co zakryte dla Sigrun i wiedza o tym czego nidgy nie dowie się Halderd. Dlatego nie odmawiajcie sobie tej przyjemności i przeczytajcie pierwszą części cyklu bo te światy nie sposób oddzielić, choć bohaterki tak różne.
Jeśli Sigrud można porównać do spokojnie płynącego strumienia to Halderd jest rwącą rzeką. Jeśli czegokolwiek brakowało mi w Sigrud, Halderd wynagrodziła mi to. To kobieta obok której nie można przejść obojętnie; jest silna, jest mądra, przewidująca, pełna pasji. Jest wilczycą która z pozoru zimno i z rezerwą spogląda na świat, czasami uśmiecha się, pokazuje zęby, walczy o to co jej . Halderd nie chce siedzieć zamknięta w swej posiadłości, pragnie wpływać na losy otaczającej ją rzeczywistości, pogodzona jednak z każdym wyrokiem przeznaczenia jakie na nią spada. Zahartowana przez życie. Przetrwa, będzie cierpliwa, bo wie, tak jej przepowiedziano, jeden z jej synów będzie wielkim wodzem. Staje się ucieleśnienie wikinga zamkniętego w ciele kobiety, godna córka swej ziemi.
Trudno się uwolnić od porównań pomiędzy Sigrun i Halderd, przyszło im żyć w tych samych czasach, zmagać się z przeciwnościami w podobnych warunkach. Jednej i drugiej życie niosło co innego, obydwie szły z podniesioną głową, odnalazły się w tym świecie mężczyzn. Ale to moc Halderd jest siłą sprawczą zmian które poruszają światem.
Jestem ogromnie dumna, tak to właściwie słowo, że te powieści wyszły spod pióra polskiej autorki. Wielkie podziękowania dla p. Cherezińskiej za trud włożony w przygotowania, za świat który mi podarowała i emocje które lektura ta wywołała. Druga część serii jest dla mnie jeszcze prawdziwsza. Nic nie traci na wyrazistości szczegółów, niezmiennie narracja jest doskonała. Czekam z niecierpliwością na następną pieśń, już wiem że będzie o Einarze.
Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
Liczba stron:483
Rok wydania:2010
piątek, 11 grudnia 2009
RÓŻA SEWASTOPOLA Katharine McMahon
Czekałam na tę książkę. XIX wiek, romans, zapach prochu- wszystko mi pasuje. Tylko zawsze czai się ten chochlik w głowie, który podpowiada ze może ta Pani McMahon z tym całym dobrodziejstwem sobie nie poradzi?
Epoka wiktoriańska ze swymi ciasnymi gorsetami, konwenansami, dumą z brytyjskiego imperium miała także swoją odległą wojnę na której angielski żołnierz mógł się wykazać. Była możliwość zdobycia sławy a nawet orderu lub z większym prawdopodobieństwem stania się inwalidą lub oddania swego życia za sprawę o której mało miało się pojęcia ale honor wymagał obecności Brytyjczyków.Wojna Krymska niewątpliwie stwarzała możliwości na zmiany.
Właśnie przeddzień przystąpienia do niej spoglądamy na dom Marielli Lingwood. Uporządkowanej panny, z niezbyt bogatego ale zasobnego we wszystko domu. Mariella to odbicie ówczesnej kobiety, ściśniętej w zasadach które jej wpajano od dziecka, nadwrażliwej, całkowicie podporządkowanej swojej rodzinie, obawiająca się nieznanego dla niej świata zewnętrznego, odnajdującej spokój w domowym zaciszu z igłą i nitką w ręku. Właśnie z tych powodów jej kuzynka Rosa Barr budziła w niej niepokój, strach i fascynację. Rosa chciała nieustannie wszystko wokół siebie zmieniać, ciągle była w ruchu, wszystkiego była ciekawa, żyła ideałami. Pragnęła być przede wszystkim kobietą użyteczną dla społeczeństwa i mimo przeszkód ruszyła na wojnę by opiekować się rannymi żołnierzami. Były to dla Marielli sprawy całkowicie niezrozumiałe, toczące się poza jej percepcją. Zapewne w ogóle nie zwracałaby uwagi na to co dzieje się na dalekim dla niej Wschodzie, gdyby jej narzeczony Henry Tawell oraz jej kuzynka Rosa nie trafili w tę zawieruchę. I to kłopoty z Henrym oraz tajemnicze zniknięcie Rosy pchnęły ją, niespodziewanie dla niej samej, na Krym.
McMahon skorzystała z okazji by całkowicie przewrócić posegregowane z taką pieczołowitością życie młodej Angielki. Mariella dopiero tak daleko od domu porządkuje relacje osób jej najbliższych, zaczyna spoglądać na świat takim jakim jest.Nieustannie ściga wspomnienie Rosy, która rozpłynęła się na wzgórzach Sewastopola.
Jeśli spodziewaliście się że jest to wielkie epickie dzieło, to Was rozczaruje. W tej płaszczyźnie autorka sobie nie radzi. Niewątpliwie dobrze przestudiowane wydarzenia tamtego okresu. Odnajduje tu pewne ciekawe połączenie odpowiedzialności za klęski wojenne i osobiste głównej bohaterki w osobie dr. Henry Tawella. To właśnie nieodpowiednie przygotowania a potem opieka medyczna w dużej mierze przyczyniła się do śmierci wielu żołnierzy podczas tamtej wojny. Niewierność tego męskiego ideału, jakim był dla Rosy Henry, pcha ją do czynów wykraczających poza przyjęte konwenanse.
Ta powieść jest po trosze jak jej główna bohaterka, toczącą się opowieścią niczego głębiej nie dotykającą. McMahon nie wykorzystała także możliwości realistycznego tła dla swoich postaci. Miałam ograniczone zaufanie do tego co czytam, jeśli bohaterom było np. zimno, to troche przekornie przyznaje, zastanawiam się czy aby na pewno. I zgadzam się z opinią, którą gdzieś wcześniej przeczytałam na temat tej książki, bo ta myśl mi towarzyszyła podczas tej lektury- to wspaniały materiał dla zdolnego scenarzysty. Dodać trochę więcej emocji, z płaskich papierowych bohaterów ulepić żyjących i czujących ludzi i przepis na dobry film gotowy. Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym nie przyznała się że z wielkim zainteresowanie śledziłam poczynania Marielli. No i wielki plus dla autorki że mnie jednak zaskoczyła, może nie samą fabułą ale punktem ciężkości w osobie bohaterów. Zdecydowanie warto było zarwać noc, by odkryć co się stało z piękną Rosą w dalekim Sewastopolu.
Autor: Katharine McMahon
Wydawnictwo: INSIGNIS
Liczba stron:432
Rok wydania:2009
poniedziałek, 7 września 2009
BBC drama, czyli szelest sukni czar
Nadszedł taki czas, że więcej oglądam filmów niż czytam książek, to nie znaczy że w ogóle nic nie czytam, recenzje jednak pojawią się później.
Miałam to szczęście że w ciągu tygodnia obejrzałam aż trzy produkcje BBC. Filmy kostiumowe realizowane przez tą angielską stację zawsze są dobrej próby. Jeśli ktoś lubi szelest sukien, piękno wnętrz i niebanalne historie w doskonałej obsadzie aktorskiej nie zawiedzie się. Serdecznie polecam wszystkie trzy obrazy, choć jak zwykle nie powstrzymam się przed kilkoma krytycznymi uwagami.
MŁODA WIKTORIA
Królowa Victoria, najdłużej panująca monarchini w historii Wielkiej Brytanii ostatnio nie jest ulubienicą filmowców, dlatego trzeba docenić że poświęcono aż 100 min, wyłącznie młodości królowej. Dało to możliwość przybliżenia widzom burzliwych początków panowania Victorii, genezy objęcia przez nią tronu oraz jej miłości do księcia Alberta. Film nie odbiega od schematów typowych dla biografii postaci historycznych, lecz trzeba przyznać że całość : muzyka, zdjęcia i gra aktorska są na bardzo dobrym poziomie. Nie porwał mnie ten obraz ale z wielką przyjemnością obejrzałam. Chciałabym aby bohaterowie mieli więcej życia w sobie, ale cóż może to epoka naznaczona tak mocno konwenansami ograniczała w dużej mierze emocje.
Księżna
„Księżna” to następny obraz z przepięknymi kostiumami, fryzurami, wnętrzami ,zdjęciami, świetnie osadzony w epoce. Opowieść o Georgianie Spencer, księżnej Devonshire, pięknej bogatej, uwielbianej przez socjetę i lud angielski ale ogromnie nieszczęśliwej w swym małżeństwie. W filmie pada kwestia że cała Anglia kocha Georgianę, oprócz jej męża. Ponieważ księżna jest krewną w bezpośredniej linii księżnej Diany Spencer, nasuwają się niewątpliwie porównania pomiędzy tymi dwoma kobietami których dzieliły ponad dwie epoki.
„Księżna” , choć były na to warunki, nie jest ilustracją budzącej się samoświadomości kobiet. Po wszystkich tematach dotykających większego znaczenia ówczesnych dam w życiu publicznym i ich praw, scenarzysta prześlizgnął się, zgrabnie na plan pierwszy wysuwają się nieszczęścia i uczuciowe zawirowania Georgiany. Choć nie czytałam książki Amandy Forman "Georgiana, Duchess of Devonshire", na podstawie której powstał scenariusz, to mam przeczucie że kładzie ona, równie silny nacisk na działalność którą prowadziła Księżna Devonshire. To właśnie poszukiwania nowych ideałów, zaangażowanie w życie polityczne, wyróżniało ją spośród wielu arystokratów tamtej epoki. Ostatecznie jednak przegrała i podporządkowała się światu w którym przyszło jej żyć.
Keirze Knightley powierzono rolę tytułowej bohaterki, nie do końca był to szczęśliwy wybór, ale mimo wszystko uważam że aktorsko dość dobrze sobie poradziła. Na tyle dobrze, że przyćmiła lekko Ralph'a Fiennes'a, jej filmowego męża.
DANIEL DERONDA
Gwendolen Harleth ma wszystkie atuty które pozwalają jej marzyć o dobrym zamążpójściu. Jest wykształcona, piękna i inteligentna i przebojowa, umie postawić przed sobą priorytety którymi będzie się kierowała w życiu, jednym z nich jest dewiza „że nigdy nie będzie biedna”. Kiedy jej rodzina popada w kłopoty finansowe, decyduje się na ślub z jednym z bogatszych ludzi w okolicy, wiedząc o tym że Grandcourt, jej przyszły mąż, ma zobowiązania wobec innej kobiety. Szybko dokonuje odkrycia że jej małżonek jest zimny i wyrachowany a ona sama ma służyć jako ozdoba domu całkowicie podporządkowana woli swego Pana. Swoim rozczarowaniem, rozterkami i strachem dzieli się z Danielem Derondą, którego uważa za swojego jedynego przyjaciela. Daniel ogromnie zafascynowany osobą Gwendolen, jest w stanie zrobić dla niej wiele, pragnie pomóc, służyć jej oparciem. To dżentelmen w każdym calu, który nieoczekiwanie dla samego siebie staje się opiekunem innej kobiety, młodej żydówki Mirah Lapidoth którą ratuje przed samobójstwem. Sprawy zaczynają się coraz bardziej komplikować. W Mirah zakochuje się jego najlepszy przyjaciel, Gwendolen jest coraz bardziej przerażona swoimi relacjami z mężem i pragnie zapewnień Daniela że w krytycznej sytuacji ten pomoże jej. Sam Deronda, człowiek bez pozycji, wychowanek w domu sir Mallingera, dowiaduje się nowych rzeczy o swoim pochodzeniu.
Trzeci film to ekranizacja powieści George Eliot „Daniel Deronda” Jest to miniserial na który składają się trzy odcinki. Przyznaje że spośród tych obrazów o których jest tutaj mowa, to właśnie „Daniel Deronda” zrobił na mnie największe wrażenie. I to nie tylko świetna gra aktorska, podobnie doskonała część wizualna jak w poprzednich filmach, ale głównym atutem jest poruszająca fabuła. Doskonałe studium postaci, ich relacji, przemian jakie w nich zachodzą. To opowieść o poszukiwaniu samego siebie, swojego miejsca i przeznaczenia i choć streszczenie fabuły może brzmieć jak harlequine, zapewniam Was że nim nie jest, a to co najlepsze w tym filmie to brak schematów i element zaskoczenia.
Miałam to szczęście że w ciągu tygodnia obejrzałam aż trzy produkcje BBC. Filmy kostiumowe realizowane przez tą angielską stację zawsze są dobrej próby. Jeśli ktoś lubi szelest sukien, piękno wnętrz i niebanalne historie w doskonałej obsadzie aktorskiej nie zawiedzie się. Serdecznie polecam wszystkie trzy obrazy, choć jak zwykle nie powstrzymam się przed kilkoma krytycznymi uwagami.
MŁODA WIKTORIA
Królowa Victoria, najdłużej panująca monarchini w historii Wielkiej Brytanii ostatnio nie jest ulubienicą filmowców, dlatego trzeba docenić że poświęcono aż 100 min, wyłącznie młodości królowej. Dało to możliwość przybliżenia widzom burzliwych początków panowania Victorii, genezy objęcia przez nią tronu oraz jej miłości do księcia Alberta. Film nie odbiega od schematów typowych dla biografii postaci historycznych, lecz trzeba przyznać że całość : muzyka, zdjęcia i gra aktorska są na bardzo dobrym poziomie. Nie porwał mnie ten obraz ale z wielką przyjemnością obejrzałam. Chciałabym aby bohaterowie mieli więcej życia w sobie, ale cóż może to epoka naznaczona tak mocno konwenansami ograniczała w dużej mierze emocje.
Księżna
„Księżna” to następny obraz z przepięknymi kostiumami, fryzurami, wnętrzami ,zdjęciami, świetnie osadzony w epoce. Opowieść o Georgianie Spencer, księżnej Devonshire, pięknej bogatej, uwielbianej przez socjetę i lud angielski ale ogromnie nieszczęśliwej w swym małżeństwie. W filmie pada kwestia że cała Anglia kocha Georgianę, oprócz jej męża. Ponieważ księżna jest krewną w bezpośredniej linii księżnej Diany Spencer, nasuwają się niewątpliwie porównania pomiędzy tymi dwoma kobietami których dzieliły ponad dwie epoki.
„Księżna” , choć były na to warunki, nie jest ilustracją budzącej się samoświadomości kobiet. Po wszystkich tematach dotykających większego znaczenia ówczesnych dam w życiu publicznym i ich praw, scenarzysta prześlizgnął się, zgrabnie na plan pierwszy wysuwają się nieszczęścia i uczuciowe zawirowania Georgiany. Choć nie czytałam książki Amandy Forman "Georgiana, Duchess of Devonshire", na podstawie której powstał scenariusz, to mam przeczucie że kładzie ona, równie silny nacisk na działalność którą prowadziła Księżna Devonshire. To właśnie poszukiwania nowych ideałów, zaangażowanie w życie polityczne, wyróżniało ją spośród wielu arystokratów tamtej epoki. Ostatecznie jednak przegrała i podporządkowała się światu w którym przyszło jej żyć.
Keirze Knightley powierzono rolę tytułowej bohaterki, nie do końca był to szczęśliwy wybór, ale mimo wszystko uważam że aktorsko dość dobrze sobie poradziła. Na tyle dobrze, że przyćmiła lekko Ralph'a Fiennes'a, jej filmowego męża.
DANIEL DERONDA
Gwendolen Harleth ma wszystkie atuty które pozwalają jej marzyć o dobrym zamążpójściu. Jest wykształcona, piękna i inteligentna i przebojowa, umie postawić przed sobą priorytety którymi będzie się kierowała w życiu, jednym z nich jest dewiza „że nigdy nie będzie biedna”. Kiedy jej rodzina popada w kłopoty finansowe, decyduje się na ślub z jednym z bogatszych ludzi w okolicy, wiedząc o tym że Grandcourt, jej przyszły mąż, ma zobowiązania wobec innej kobiety. Szybko dokonuje odkrycia że jej małżonek jest zimny i wyrachowany a ona sama ma służyć jako ozdoba domu całkowicie podporządkowana woli swego Pana. Swoim rozczarowaniem, rozterkami i strachem dzieli się z Danielem Derondą, którego uważa za swojego jedynego przyjaciela. Daniel ogromnie zafascynowany osobą Gwendolen, jest w stanie zrobić dla niej wiele, pragnie pomóc, służyć jej oparciem. To dżentelmen w każdym calu, który nieoczekiwanie dla samego siebie staje się opiekunem innej kobiety, młodej żydówki Mirah Lapidoth którą ratuje przed samobójstwem. Sprawy zaczynają się coraz bardziej komplikować. W Mirah zakochuje się jego najlepszy przyjaciel, Gwendolen jest coraz bardziej przerażona swoimi relacjami z mężem i pragnie zapewnień Daniela że w krytycznej sytuacji ten pomoże jej. Sam Deronda, człowiek bez pozycji, wychowanek w domu sir Mallingera, dowiaduje się nowych rzeczy o swoim pochodzeniu.
Trzeci film to ekranizacja powieści George Eliot „Daniel Deronda” Jest to miniserial na który składają się trzy odcinki. Przyznaje że spośród tych obrazów o których jest tutaj mowa, to właśnie „Daniel Deronda” zrobił na mnie największe wrażenie. I to nie tylko świetna gra aktorska, podobnie doskonała część wizualna jak w poprzednich filmach, ale głównym atutem jest poruszająca fabuła. Doskonałe studium postaci, ich relacji, przemian jakie w nich zachodzą. To opowieść o poszukiwaniu samego siebie, swojego miejsca i przeznaczenia i choć streszczenie fabuły może brzmieć jak harlequine, zapewniam Was że nim nie jest, a to co najlepsze w tym filmie to brak schematów i element zaskoczenia.
wtorek, 4 sierpnia 2009
BALTAZAR I BLIMUNDA Jose Saramago
To moja pierwsza lektura obejmująca Projekt Nobliści, ale tak naprawdę inspiracją do sięgnięcia właśnie po ten tytuł była ta recenzja na blogu Buvljak
Przez całą książkę musiałam siebie samą upominać „To nie średniowiecze, to XVIII wiek”. Wyobraźnia jednak płatała mi figla a Saramago nie pomagał i mentalnie kierował w wieki dawne.
Portugalska rodzina królewska z niecierpliwością oczekuje potomka. Król w tej intencji składa śluby dotyczące wybudowaniu klasztoru i katedry jeśli Bóg pobłogosławi go potomstwem. Osiem miesięcy później na świat przychodzi księżniczka Maria Barbara i to za jej sprawą rusza budowa największej świątyni w Portugalii. Wydarzenie jakim jest wznoszenie katedry w Mafrze, jest częścią składową życia wszystkich obywateli. Jeśli nawet osobiście nie odczuwają trudów pracy, to przedsięwzięcie jest tak duże, że finansowo państwo staje się niewydolne.
Baltazar, jest jednym z tysięcy robotników pracujących przy wznoszeniu monumentalnej budowli. Wraz z Blimundą mieszkają w Mafrze. Ich zwyczajne z pozoru życie, cementuje nadzwyczajny związek oraz tajemnica budowy maszyny latającej. Ksiądz Wawrzyniec zaszczepił w nich entuzjazm związany z lataniem, udzielił niezbędnych rad jak maszyna ma wyglądać i w trójkę próbują powołać do życia „Latającego ptaka”. Ale nie jest prosto budować maszynę unoszącą się w przestworza jeśli jest się pionierem latania, a dodatkowo w każdej chwili można znaleźć się w centrum zainteresowania inkwizycji.
Niewątpliwie głównym bohaterem tej powieści jest katedra, to ona implikuje większość zdarzeń dotyczących wiodących postaci, jeśli nie bezpośrednio to staje się ich tłem. Może właśnie wątki dotyczące katedry i klasztoru, wszechobecnej w powieści religii, jakiejś totalnej niemocy społeczeństwa, szalejącej inkwizycji , wszechwładzy króla, spychały moją świadomość w średniowiecze. Myślę że jednak nie zmieniało to mojego odbioru głównych myśli autora.
Saramago stawia naprzeciw siebie dwie odmienne pary: królewską i tytułowych bohaterów. Ale jakże różne jest życie i ciele tych ludzi. Król Jan V bogaty rozkapryszony, rozpustny i nieobliczalny w swoich zachciankach i jego żona pobożna, poddająca się biegowi wydarzeń kobieta z zimnego kraju. Celem dla nich w życiu jest wypełnienie swych królewskich obowiązków, ceremoniałów, żyją jednak nie ze sobą ale obok siebie. Chciałoby się wprost napisać, bogaci ale nieszczęśliwi.
Zupełnie inny związek jest pomiędzy Baltazarem i Blimundą. To prawda że ubodzy, to prawda że doświadczeni przez los, On stracił rękę na wojnie, Ona żyje z piętnem córki czarownicy, ale mają siebie. Nie tylko rozumieją się bez słów, nie tylko ich uczucie trwa niezmiennie wiele lat, ale są zjednoczeni w swoich marzeniach o latającej maszynie.
Saramago jest pisarzem który oczekuje od czytelnika uwagi. Nie można śledzić tej powieści, rozpraszając się co chwila. Brak wyodrębnionych dialogów, czyli obecność ich w ciągłym tekście, zmusza do zwiększonej czujności podczas lektury. Także pojawiające się liczne dygresje i dygresje od dygresji, a pomiędzy nimi rozważania natury filozoficznej, mogą wybić z głównego wątku. Jednak skupienie uwagi, podążanie za myślą autora, jest jak najbardziej wynagrodzone wieloma bardzo udanymi opisami, przemyśleniami, spostrzeżeniami. To co zrobiło na mnie duże wrażenie to sposób narracji: z rezerwą, ironiczny, a jednocześnie dotykający najważniejszych spraw. Jedną z nich jest obecność kleru i Boga, w życiu Portugalczyków. Autor sięga po przerysowania i karykaturę tego co się dzieje wokół religii. Początkowo jest to nawet zabawne, w miarę przewracania następnych kartek, staje się jasne że pisarz ma na tym punkcie po prostu lekką paranoję
Nie zmienia to faktu że „Baltazar i Blimunda” są lekturą wartą przeczytania, zebrania kilku myśli natury uniwersalnej, zastanowienia się nad naszym własnym żywotem, i nad tym jak wiele w naszym życiu zależy od tak niewielu.
Autor: Jose Saramago
Wydawnictwo:Wydawniczy REBIS
Liczba stron:310
Rok wydania:1999
Subskrybuj:
Posty (Atom)








