środa, 25 kwietnia 2012

Jang Geun Seok i Every Little Thing

Dwa teledyski zerealizowane w 2011 roku dla japońskiego zespołu " Every Little Thing".
Ta produkcja wygląda tak świetnie, że aż żal ściska, że to jednak nie film. Pewnie w japońskim charkterystycznym wydaniu by był mocno łzawy,nie zmiania to faktu, że i tak z chęcią bym obejrzała.



poniedziałek, 23 kwietnia 2012

"Tatami kontra krzesła" Rafał Tomański


O Japończykach i Japonii




Opowiedzieć o kraju, który cię fascynuje w sposób ciekawy i zabawny to jest prawdziwa sztuka. A dodatkowo zrobić w to sposób profesjonalny i podeprzeć się badaniami naukowymi, mądrymi publikacjami tak by czytelnika to nie zniechęciło a wprost przeciwnie wyposażyło w bardzo cenne nowe informacje to już mistrzostwo w moim odczuciu. I to się z pewnością udało Rafałowi Tomańskiemu.

Pomimo,że publikacja nie jest opasłym tomiskiem obejmuje bardzo wiele obszarów życia współczesnej Japonii. Zaczynając od zdrowia, religii, uwarunkowań historycznych i gospodarczych a kończąc na zjawiskach z obszaru mang i anime. A wszystko ma swoją nazwę której źródłosłów często jest równie ciekawy jak sam syndrom. Autor jako japonista z wykształcenia z łatwością porusza się po wszelkich zawiłościach językowych.
Ta książka jest jak brakujące puzzle które mogę sobie poukładać w głowie. O już wiem dlaczego Azjaci pokazują na zdjęciach słynne V dwoma paluszkami. Albo z jakiego powodu w produkcjach japońskich tak istotną rolę odgrywają wszechobecne roboty, które mają cechy ludzkie. Co jest kanonem piękna w ich odczuciu i dlaczego krzywe i wystające zęby, szczególnie kły bynajmniej nie dają możliwości wykazaniu się ortodontom, a są cechą pożądaną. Myślę że osoby interesujące się Japonią już się przyzwyczaiły do tych wszystkich dziwnych i intrygujących zachowań. Takich jak np. brak potrzeby zmieniania bielizny przez nastolatki, albo nadmiernym zainteresowaniem mężczyzn kobietami w typie lolity. Dlatego opisywane zjawiska mnie osobiście nie bardzo szokowały ale bardziej interesował mnie właśnie w aspekcie genezy i historycznych uwarunkowań, którym autor poświęca wiele uwagi.

Po lekturze tej pozycji jeszcze bardziej utwierdziłam się w tym, że jest to kraj sprzeczności i kontrastów. W którym otwartość na nowości egzystuje obok silnie zakorzenionych tradycji. I to życie w symbiozie tych dwóch płaszczyzn daje niesamowitą mieszankę, której nie umiemy wtłoczyć w żadne znane nam schematy. Jednych to denerwuje innych to fascynuje. Ale też przysparza wiele frustracji samym Japończykom, o tym także jest ta książka. My ludzie zachodu posługujemy się często stereotypami na temat Japonii nie próbując nawet zrozumieć ich korzeni. Ta publikacja nie wyjaśnia wszystkiego, nie rości się prawa do rozwikłania tajemnicy mentalności mieszkańca wysp, ale przybliża w wielu aspektach pewne fenomeny kulturowo-społeczne.
Tomański poruszał także kwestie seksualności Japończyków. Sformułował dokładnie takie tezy które i mnie często nawiedzały. W naszej kulturze seks jest ściśle powiązany z poczuciem grzechu, która wynika z chrześcijańskiej perspektywy cielesności człowieka. Azja do tych kwestii podchodzi bardziej radośnie i mniej skrępowanie i dlatego może z takim oburzeniem przyjmujemy pewne zjawiska z tego obszaru wszechobecne w produkcjach japońskich.

Rafał Tomański

Mogę się mylić ale chyba jest to jedyna książka,na naszym rynku księgarskim,która tak szeroko opisująca zjawiska występujące we współczesnej Japonii a tym bardziej cenna bo napisana z perspektywy naszego rodaka.Dlatego pochłonęłam ją w rekordowym tempie. Z pewnością na to złożyło się moje obecne dość rozbudowane zainteresowanie tematem, ale chyba nie tylko. Ona jest po prostu bardzo dobrze napisana. Człowiek nie męczy się przy każdym zdaniu w płynny sposób podążamy za myślą autora. Z pewnością jest to lektura obowiązkowa dla osób interesujących się kulturą i społecznymi uwarunkowaniami Japonii. Dla osób które zauważają i analizują wszelkie zjawiska z którymi spotykamy się w w produkcjach japońskich, a których źródła często są dla nas zakryte lub niezrozumiałe. Pozwala ona w inny bardziej głęboki sposób podejść do zagadnień związanych z funkcjonowaniem mieszkańców kraju kwitnącej wiśni.

Moja ocena 10/10

wtorek, 17 kwietnia 2012

Jacek Dehnel "2012-Zdarcie Tytanów"


Jedynym zauważalnym minusem, oglądania produkcji azjatyckich, jest to że nie czytam tyle co wcześniej. Ale zawsze dla publikacji mnie interesujących znajdę czas, tym bardziej jeśli opowiadanie liczy zaledwie 18 stron i jest autorstwa pisarza, którego ogromnie lubię i szanuje.

I do tego te kilka stron jest popełnione w taki sposób, że od razu pojawia się uśmiech na mojej twarzy i jeszcze głębszy szacunek do autora, którego uważam za objawienie na scenie literackiej naszego pięknego kraju na Wisłą.

Znacie estetykę książek braci Strugackich? Ich styl przaśnego traktowania obszaru scince-fiction? Wtłoczenia fabuły w tu i teraz, ze wszystkimi aspektami zwyczajności otaczającej nas rzeczywistości. Otóż Dehnel swoim opowiadaniem zbliżył się do tej formuły, bawiąc czytelnika opowieścią o legendarnych bohaterach którzy obudzili się przeddzień końca świata. Czyli w grudniu 2012 roku. Każde państwo, każdy kraj, musiał stanąć oko w oko ze swoją legendą. W Iranie powrócił do żywych Mahdi, w Niemczech Barbarossa na spółkę z Karolem Wielkim, w Czechach ożył posąg Wacława,a w Polsce obudzili się rycerze spod Giewontu. To co nieznane, dziwne i budzące strach oraz zagrożenie, natychmiast wymaga zwołania odpowiedniego sztabu. W naszym kraju została powołana komisja ekspercka złożona z socjlogów, profesorów historii, strategów wojskowych i jednego takiego speca od średniowiecznych gier i symulacji komputerowych.
Jak się potoczą losy świata? Najlepiej samemu się dowiedzieć udając się do epmiku, gdzie ten zbiór opowiadań rozdają za darmo, bo książeczka zawiera jeszcze kilka krótkich historii, innych autorów. Ale to właśnie dzieło Dehnela jest tym mistrzowskim w mojej ocenie. Obraz Polski w obliczu klęski pojawienia się bajkowych bohaterów, którzy zmartwych wstali. Ja się świetnie bawiłam tą perspektywą.

niedziela, 15 kwietnia 2012

49 days




To nie jest łatwa i lekka drama, choć komediowe akcenty istnieją i chwała jej za to. Tak naprawdę to jest opowieść która chyba każdego skłoni do refleksji: co po nas zostanie jeśli odejdziemy? Kim jesteśmy dla otoczenia i jak bolesna może być konfrontacja naszych wyobrażeń o sobie z tym jak nas postrzegają inni?

Czy można w ciągu 49 dni udowodnić, że są trzy osoby na świecie, które nas kochają? Muszą to jednak być ludzie nie związani z nami więzami krwi. Sprawa wydaje się prosta, bo każdy ma wrażenie że bez trudu znajdzie takie trzy dusze które są z nami niezmiernie blisko. Tak też, bez wahania, pomyślała Shin Ji Hyun (Nam Gyu Ri ) która dostała ultimatum od wysłannika z zaświatów. W momencie kiedy umiera w wyniku wypadku samochodowego otrzymuje wybór: albo podejmie się wyzwania znalezienia trzech kochających ją osób i będzie żyć albo odchodzi z tego świata. Jej organizm zapada w śpiączkę ale jej duch ma działać w ograniczonym czasie 49 dni. W takiej postaci niewiele jest w stanie uczynić dlatego ma możliwość skorzystania z ciała pewnej kobiety.


Ji Hyun pomimo dziwności całej sytuacji, niezmiernie optymistycznie podchodzi do zadania. Całe życie rozpieszczana przez bogatych rodziców, otoczona wspaniałymi przyjaciółmi z kochającym narzeczonym u boku, nawet nie podejrzewa że to wszystko co ją otacza, to tak naprawdę tylko fałsz. Pozory które zostają odkryte gdy zaczyna spoglądać na ludzi jej bliskich z innej perspektywy. A potwierdzenia miłości do jej osoby wcale nie jest ani przyjemnym ani prostym zadaniem. Bo Ji Hyun szybko i boleśnie się przekonuje, że jej związek to tylko pretekst dla narzeczonego aby przejąć firmę jej ojca. Mistyfikacja którą planuje on i jej przyjaciółka od lat, a biedna Ji Hyna ma być tylko narzędziem by doprowadzić do bankructwa jej rodzinę. Większość jej przyjaciół po chwilowym szoku wywołanym wypadkiem, szybko przestaje się interesować stanem chorej. Raczej przyznają że się z nią przyjaźnili bo była bogata. Ale pomocną dłoń w jej kierunku wyciąga niezbyt lubiany kolega ze szkoły Han Kang (Jo Hyun Jae), bo nie dość że okazuje się innym człowiekiem niż Ji Hyun'a zakładała, to jeszcze niezwykle domyślnym i uczynnym w tej trudnej sytuacji. Dziewczyna i w stosunku do niego nabiera innej perspektywy tym razem jest miło zaskoczona.



Doznaje jednak kolejnych rozczarowań odnośnie bliskich jej osób, tym bardziej bolesnych że nie może ich skonfrontować osobiście. Dla świata jest tylko Lee Kyung, która ma rozliczne dziwne problemy i w podejrzany sposób zaczyna się interesować będącą w śpiączce Ji Hyun. A wysłannik z tamtego świata, pośrednik jak się ładnie sam nazywa lub kostucha jak go potocznie wszyscy określają, na każdym kroku przypomina że Ji Hyun ma mnóstwo ograniczeń w tym wcieleniu. Może jedynie przebywać w ciele Song Lee Kyung (Lee Yo Won) kilkanaście godzin na dobę, że dziewczyna nie może ucierpieć na tych przemianach, że nie może nikomu zdradzić swojego położenia. A czas nieubłaganie biegnie.Ji Hyun rozpoczyna ciężką walkę nie tylko o prawo do życia ale i ochronę swoich bliskich.



Zdradziłam ledwie wycinek zagmatwanych losów głównej bohaterki.Muszę pochwalić samą fabułę, jest niezwykle przemyślana w obrębie metafizycznych spraw. Co do reszty mam małe uwagi ale nie będę narzekać. Wszystko ma sens i układa się w logiczną całość. Od początku jednak to postać cielesnego opakowania dla ducha, czyli Song Lee Kyung, wydawała mi się niezwykle intrygująca. Nie ta szczebiocząca wesoła i roztrzepana panna na granicy życia i śmierci, ale ta która teoretycznie żyje. Poznajemy ją w momencie kiedy chce popełnić samobójstwo. Choć jest wśród żywych to tak właściwie wegetuje tylko, izoluje się od wszystkich ludzi, całymi dniami śpi, by w nocy pracować w małym sklepiku. Bije od niej tylko ogromny ból i zwątpienie i przeczucie że jakaś ogromna tajemnica towarzyszy tej dziewczynie. Przyznaje że jej postać interesował mnie bardziej niż walka Ji Hyun o prawo do życia. I nie zawiodłam się bo odkrywanie historii Lee Kyung która w takim stanie trwała od 5 lat, była równie zajmująca jak główny wątek.




Drama naprawdę porusza niezwykle ciekawe kwestie, sam pomysł na historię także udany. Tylko jest jedno wielkie ale... dlaczego tak ją rozciągnęli, na tyle odcinków? Bo naprawdę straciła bardzo wiele na dynamice i stała się totalnie przegadana a tu już mały kroczek do tego żeby napisać- po prostu nudna. I dla wszystkich fanów szczęśliwych pięknych i bajkowych finałów, mam także niedobrą wiadomość, ta drama się w tą stylistykę nie wpisuje. Za to jest bardzo wiele kwestii które ją wyróżnia, przede wszystkich bohaterowie tej historii: skomplikowani, niejednoznaczni, moralnie często trudni do oceny. Nawet te teoretycznie czarne charaktery które mącą, przeszkadzają i knują, tak naprawdę mają swoje powody, dość pokrętne ale zawsze i bynajmniej nie tak płytkie jak w innych dramach.



Muszę jednak zaznaczyć, że jest jedna postać, perełka po prostu, którą na pewno mi utkwi w pamięci na długo. To Pan KOSTUCHA we własnej, niezbyt skromnej acz wielce zabawnej, osobie. To on nadaje finezji całej historii, to on czaruje, jak trzeba zawadiacko pokrzykuje, wkracza w świat ludzi, udaje że historia dziewczyny go nie obchodzi, a tak naprawdę z każdym dniem coraz bardziej się w nią angażuje. Ale to także ma swój cel, bo Pan wysłannik z niebios, tak zupełnie przy okazji, załatwi swoje prywatne sprawy. Wprowadzał taką cudowną przeciwwagę dla trudnych i poważnych spraw dotyczących kwestii życia i śmierci. Dzięki temu został zachowany jako taki balans a przy okazji jeden taki aktor się wspaniale wykazał.
Ta rola przypieczętowała moją fascynację Jung Il Woo, którego oglądałam już w jednej odsłonie pt.Flower Boy Ramyun Shop. Tutaj wydał mi się tak słodki tak romantyczny a przy tym bezczelnie pewny siebie. Łapałam się na tym że śledzę każdy jego uśmiech, kiedy jego skośne oczęta zwężały się jeszcze bardziej i tak cudownie śmiały się do mnie. Jeszcze jedna taka drama i przepadnę z kretesem w jego kwestii, choć przyznaje że przystojność mnie nie obezwładnia, za to urok osobisty i owszem.



Jeszcze słówko o dwóch głównych rolach. Obydwie Panie świetne, z tym że o wiele trudniejszą rolę kreowania dwóch różnych osobowości miała Jo Hyun Jae. Grała na tyle przekonująco, że nie było najmniejszego problemu z rozpoznaniem kto w danej scenie akurat włada ciałem Song Lee Kyung. Drażniący był odrobinę za to niedoszły mąż głównej bohaterki którego grał Bae Soo Bin, prezentował non stop zbolałą minę zbesztanego cocer spaniela. Mnie do końca nie przekonał taką interpretacją akurat skomplikowanego charakteru tego bohatera.

Nie wiem dla kogo jest ta drama. Na pewno dla osób po pierwsze lubiących obracać się w takich magiczno-metafizycznych klimatach, po drugie dla fanów obyczajowej narracji w fabule. No i dla wielbicielek Jung Il Woo, to chyba jego życiowa rola. Dla tego romantycznego wątku z nim w roli głównej warto z pewnością popełnić tę dramę. Wizualnie śliczna ,nie można jej tego odmówić, gdyby jeszcze tylko ścisnęli ją do 12 odcinków, to byłoby to dzieło naprawdę do polecenia dla każdego, a tak jest tylko dla koneserów.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Lee Min Ho w nowej dramie Faith

Niestety, w ogóle nie oparłam się urokowi tych zdjęć. Min Ho i drama historyczna? To już zaczyna co poniektóre niewiasty, w tym oczywiście mnie, przyprawiać o lekki zawrót głowy. A na dodatek jeszcze jak wrzucą kilka takich fotek, to już człowiek z miejsca więdnie i czeka, czeka, czeka .... co tym razem wymyślą i czy dadzą przystojniakowi pograć.

Faith, to kolejna produkcja o podróżach w czasie, których obecnie na rynku koreańskich dram, lekkie zatrzęsienie. Nie martwi mnie to wcale, a wprost przeciwnie. Tym bardziej, ze będzie dużo wątków medycznych, bo przemieszczać się będzie pomiędzy epokami, nie kto inny tylko pani doktor. No więc czekamy z niecierpliwością, podobno do sierpnia. Te zdjęcia tylko zaostrzają apetyt.









Toż to było ogromne niedopatrzenie że jeszcze w takim anturażu nam się nie objawił Min Ho. Ale może to i dobrze, bo teraz uffff- robi niesamowite wrażenie. Ja od dzisiaj zaczynam oficjalnie piszczeć w temacie tej dramy.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Brave 10


Chyba jedna z bardziej oczekiwanych nowości w tym sezonie, o czym świadczy ilość tłumaczeń które natychmiast pojawiły się w sieci. Jednak czy spełniła wygórowane oczekiwania widzów? Czytam przeróżne opinie, zgadzam się z tymi którzy twierdzą, że szaleństwa w temacie nie ma. Można obejrzeć jeśli ktoś lubi taką tematykę i przewidywalny schemat. Jeden odcinek, najczęściej jedna duża walka, i kilka potyczek, zadziwiająco dużo słownych.

A co jest okazją do tych wszystkich pojedynków? Otóż chęć zebrania drużyny marzeń przez słynnego samuraja Sanade Yukimure. Cel tego werbunku to walka ze złem tego świata, wiadomo. Każdy napotkany ninja posiada jakieś cudowne właściwości które poznajemy oczywiście w czasie walki. Tradycyjnie każdy się opiera ale ostatecznie jest zwerbowany przez Yakimure. Chyba najbardziej nie może się pogodzić z utratą swojej wolności Saizo, bardzo silny indywidualista, któremu przyszło niespodziewanie ratować z opresji kapłankę. Na jego nieszczęście dziewczę, przylgnęło do niego i wcale go nie chce puścić. Wcale jej się nie dziwię, bo ninja z niego przedni, obroni ją z pewnością a do tego ten humor i niezaprzeczalny szorstki męski urok. Kapłanka Isami, to niebieski ptak i cudowny przykład rozhisteryzowanej księżniczki która chętnie się powiesi komuś na szyi. Słodka i sprytniutka, ale uwaga kryje w sobie ciemną tajemnicę. Ich wzajemne relacje dość intrygujące i śmieszne na początku, z biegiem odcinków troszkę stawały się nudne, a powtarzane schematy już nie były tak zabawne.





Jak ja to mówię "dla każdego coś dobrego" i dla chłopczyka i dla dziewczynki. Mamy więc panie o obfitych tu i ówdzie kształtach, które prezentują je dość dokładnie ,przy różnych nadarzających się okazjach. Stężenie bishonenów na jeden odcinek,niebezpiecznie duże. A przy tak dobrej kresce, która naprawdę mi się ogromnie podoba, nie trudno by któryś wpadł w oko. Mi osobiście najbardziej podobali się dwaj. Sarutobi Sasuke, dlatego że jest taki wycofany nieśmiały, trafnie umie podsumować sytuację i kocha zwierzątka. No i oczywiście Unno Rokurou, hmm ze jest tak wierny, tak oddany, tajemniczy a przede wszystkim tak ubrany. No powiedzmy sobie prawdę raczej rozebrany tam gdzie trzeba. Ja naprawdę jestem płytka jak kałuża, infantylny nastolatek i epatujący seksem ninja. Cóż widocznie mój mózg ma za dużo zakrętów, by to zgłębiać.




No ale przejdźmy do meritum. Miłość pomiędzy Seizo a Isami, jak najbardziej jest, choć tak jakoś bladziutko bardzo wygląda. Chyba zakładano że będzie to najsilniejszy punkt w kwestii uczuć w tej dramie. Stało się nim co innego, lojalność wobec swego wasala. I potrzeba podporządkowania się Panu, by działać w słusznej sprawie. No i najważniejsze rzucili też żer dla yaoistek. A te jak zwykle podchwyciły natychmiast temat. Tyle chłopa w jednej małej zagródce, no nie może się taki potencjał marnować. Niby tylko takie aluzje, prawie niewinne, choć czerwonowłosy Yuri czasami bardziej otwarte teksty rzucał. W ogóle ta postać jest niezwykle wyróżniająca się, wsadzili w nią chyba wszystko co się dało. Nawet nie znam tej masy mądrych japońskich określeń na niego. Ale psychopatyczny ninja zawsze mile widziany, przynajmniej wiadomo że jest atrakcją danej sceny. Zadziwiające jest to, że z jego sadomasochistycznych zapędów zrobiono broń. I ta jego siła pozwoliła mu przetrwać. Naprawdę nie wiem jak to skomentować. Pewnie musicie to sami zobaczyć. Ale w ostatecznym rozrachunku ten bohater wzbudza sympatię, przynajmniej u mnie.




Trochę minusów znalazło się powyżej. Chce jednak uspokoić to anime to nie jest kompletna klapa, bardzo dobrze się go ogląda. Plusy. Każdy znajdzie swego bisha. Ending który po prostu mnie zmiótł, uwielbiam go. Kreska, bardzo przyjemna. Historia na tyle ciekawa że szybciutko brnie się przez kolejne odcinki. Humor występujący jak najbardziej. Ale czegoś zabrakło co by zespoliło te wszystkie elementy by powstało świetne anime, a tak otrzymaliśmy tylko i wyłącznie dość przyjemnie oglądającą się historię.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Koreańskie pocztówki

Co prawda nie świąteczne ale tak cudowne, że postanowiłam je zgarnąć i zawiesić na blogu.
Jeśli ktoś przez przypadek będzie w Korei, poproszę o taką karteczkę w takim minimalistycznym pięknym stylu.



















kartki znalazłam tutaj