środa, 9 maja 2012

Bad Guy


Co się stanie kiedy to zemsta jest jedyną motywacją do działania i wszystko tylko jej zostanie podporządkowane? Czy można żyć nienawiścią i nie utracić samego siebie? Odpowiedzi niesie w sobie właśnie "Bad Guy". Była to drama z tej kategorii, że już po pierwszych odcinkach, mało zainteresowanym osobom wokół mnie, zaczęłam sprzedawać jej fabułę. A jest to niezaprzeczalny znak, że zdominowała moją świadomość. Nikt z mojego otoczenie oczywiście nie gustuje w dramach i jej nie obejrzy, ale tym którzy chcą się zmierzyć z trudnym tematem zemsty, serdecznie polecam ten tytuł.

Misterny plan układany przez lata, by się zbliżyć do jednej z bardziej wpływowych i bogatych rodzin w Korei, zaczyna się powoli realizować. Shim Gun Wook (Kim Nam Gil)z precyzją godną mistrza obiera cel i realizuje go. Na celowniku znajdują się interesy firmy, którą prowadzi rodzina Hong jak i sami jej członkowie. Gun Wook niby przypadkiem wpada ciągle na przebywające właśnie w hotelu dwie córki Prezesa firmy. On, wielce atrakcyjny i aktualnie pracujący jako kaskader robi nie małe wrażenie na młodszej z nich. Młode dziewczę z miejsca się zakochuje i tupiąc nóżką chce wymusić zgodę na spotykania się z tym chłopakiem, powiedzmy sobie szczerze z nizin społecznych. Rodzina jest przeciwna, ale od czegóż urok osobisty i trochę manipulacji ze strony Gun Wook'a, ostatecznie Prezes poddaje próbie młodego człowieka, proponuje mu pracę jako asystenta u swego młodszego syna Hong Tae Sung'a (Kim Jae Wook). To miało być wykończające zadanie bo synuś to czarna owca rodziny, arogancki, bezczelny typ, z którym nawet tak potężna rodzinka nie umie sobie poradzić. To dopust na biednego prezesa, który przyjął swego nieślubnego syna pod swój dach, a chłopak stał się w oczach pozostałej familii, niewdzięcznikiem który niszczy potężną firmę.



Gun Wook spełnia się w roli asystenta i nieustająco krąży wokół rodziny Hong i z tego właśnie powodu na skutek małego nieporozumienia, zostaje pomylony z synem prezesa Tea Sung'eim. Bo ktoś inny także ma pewien plan w stosunku do tych ludzi z wyższych sfer. Moon Jae In (Han Ga In ) postanowiła że wyrwie się z tej biedy, z obskurnego mieszkania na przedmieściu, braku pieniędzy i poważania. Najlepsza droga wydaje się przez małżeństwo z bogatym dziedzicem, ma jednak pecha, myli się w swoich kalkulacjach i zaczyna uwodzić nie tego mężczyznę. Gun Wook widzi jej desperację i zaczyna dostrzegać możliwość wykorzystania nieświadomej dziewczyny w swoich planach. Problemem zaczyna się gdy zdaje sobie z tego sprawę, że coraz bardziej lubi Jae In. Na to jednak nie może sobie pozwolić, musi trzymać się swoich zadań.



Każde działanie Gun Wook'a w obrębie rodzny Hong jest naznaczone zemstą, każdy krok ma go zbliżyć do upragnionej chwili zniszczenia jej członków. Krzywda jakiej doznał w dzieciństwie nigdy nie straciła na sile. To co wyparli ze swojej pamięci i świadomości on przeżywa każdego dnia, poniżenie i rozpacz małego chłopca którego przyjęto pod ten dach wielkiej rezydencji a potem wyrzucono. Czas pozwolił zmienić się zewnętrznie na tyle, że nie są go w stanie rozpoznać, ale nie pozwolił uwolnić się od poczucia wyrządzonej krzywdy.
A w jej imię, główny bohater jest w stanie ponieść wszelkie ofiary by wypełnić swoją misję. Z utraconą tożsamością i brakiem poczucia swojego miejsca, trzyma się tylko jednego, zemsty której musi dokonać.


Jest mnóstwo rzeczy w tej dramie które są godne tego by je docenić. Przede wszystkim sam plot akcji, naprawdę, poza wyjątkami świetnie prowadzony. Co prawda denerwowało mnie to nieustające niezdecydowane głównej bohaterki Moon Jae In, ale uważam że rola nieźle zagrana i nie będę się mocno czepiać. Mam wrażenie że ta kobieta czasami nie wiedziała co robi tylko miała jakaś niejasną wizję, że chce wejść do tej wpływowej rodziny. Za to mistrzowsko pokazane relacje rodzinne, układy i zależności i jak siła rodziny, którą z jednej strony się nienawidzi by stała się najwyższą wartością. Obraz i przestroga jak łatwo można być zmanipulowanym, kiedy wie się w jakie punkty uderzyć. Prawie bez wyjątku bohaterowie świetnie zarysowani i jeszcze lepiej zagrani, może najbardziej taki bezosobowy był prezes, ale nad pozostałymi postaciami mogę tylko się zachwycać. Zaczynając od Gun Wook'a, który pozwolił się wykazać Kim Nam Gil'owi i jestem jego rolą zachwycona. Co prawda, ja tak zwykle mam, widziałam już tego aktora w "No Regret", ale tam mi przemknął. W "Bad Guy" z odcinka na odcinek wtapiał się w obraz tajemniczego, wszystko mogącego, o niezwykłym uroku mężczyznę, który cokolwiek by nie zrobił, ja mu wierzę, bo czuje że on wie czego chce.Tutaj po prostu odcisnął się w mojej świadomości i na długo zapamiętam tą jego rolę. Tak samo jak kreację syna marnotrawnego Kim Jae Wook'a. Czy wspominałam, że jest on jest dobrym aktorem i sypie popiół na głowę po raz kolejny, że dopiero po raz trzeci to piszę. Czwarty film z Jae Wook i jestem oczywiście pod wrażeniem. On chyba nie wybiera słabych projektów.


I mistrzowska postać, zaszczytne miejsce w panteonie heter po wieczność. Królowa matka i teściówka w jednym Pani Shin (Kim Hye Ok ). Oskara dla tej Pani po prostu, tak znienawidzonej postaci dawno nie widziałam. A doznania wokalne i rejestry na jakie wchodziła, tego nie da się opowiedzieć, to trzeba wysłuchać i się wpienić na maksa żeby zrozumieć. Samo zło w czystej, prawie nie naruszonej formie, ewenement chyba na skalę nawet dram koreańskich.
To co jest ogromną siłą tej dramy to, że poza tą jedną postacią, nikt nie jest jednoznacznie zły ani jednoznacznie dobry. Ona nie jest w czarno-białych kolorach o jej wyjątkowości świadczą właśnie te przenikające się szarości, oraz stawiane kwestie. Jak kontrowersyjne było wszystko to co robił główny bohater w imię pamięci swojej rodziny, niszczył inną a przy okazji destrukcja i jego samego zaczęła dotykać. A tu już krok aby napisać, że ta historia mogła się zdarzyć naprawdę. To jest taka opowieść nad którą nie sposób się nie zatrzymać i jej nie przemyśleć, zadać sobie pytanie na temat istoty zemsty, czy wymierzona kara tak naprawdę nie będzie tylko iluzorycznym zwycięstwem.



Ach i jeszcze nie wypada nie wspomnieć, że te wszystkie doznania dodatkowo wzmacnia muzyka, taka rozdzierająca duszę. Nie przepadam za balladami ale tutaj doskonale się komponowały w nastrój tej dramy, klimat tajemniczości i trudnych wyborów. Również ilustracje instrumentalne to najwyższy poziom, naprawdę postarano się w tej kwestii.

Przyrzekam, chciałam naprawdę to zrobić i dać tej dramie 10. Jednak po krótkiej sprzeczce z samą sobą nie uczynię tego.Po pierwsze, przyznaje że nie z winy producentów, skrócili serię o 3 odcinki, na czym ewidentnie ucierpiała fabuła. Takie przeskoki akcji, jakieś połatane sceny, przestało to się trzymać najzwyczajniej w świecie kupy, i końcówka w diametralny sposób odbiegała od poziomu pierwszych kilkunastu odcinków. Po drugie nie dyskutuje z twórcami nad ich wizją, ale tutaj się nie zgadzam, po prostu się nie zgadzam na to zakończenie, rozumiem je i dotarło do mnie przesłanie, ale jest we mnie totalny opór przed zarejestrowanej tego co zobaczyłam. Dla bohaterów z którymi się tak zżyłam, chce nadziei na przyszłość a jej nie otrzymałam. Pozostała taka niezapełniona przestrzeń którą nie wiem jak mam wypełnić.

Moja ocena 9/10


niedziela, 6 maja 2012

L'Arc-en-Ciel



Naprawę widziałam dzisiaj rano o godzinie 6-stej tęczę a to znak, że trzeba napisać coś o tym zespole, który wczoraj mi wpadł w oko. Tak wiem jestem opóźniona w temacie ale wcześniej ich nie słuchałam. A dzisiaj cały dzień należał tylko do nich :) Bardziej podobają mi się te nowsze utwory, a zespół działa od 1991 roku co wydaje mi się prawdziwym wyczynem. W każdym bądź razie i muzyka i charyzmatyczny wokalista ogromnie mi się podobają.

Mój ulubiony utwór to "Chase", ale osadzić go w poście nie można ale posłuchać zawsze:)
Chase

I pozostałe dwa które także wpadły mi w ucho. :)



Byousoku 5 cm (5 Centimeters per Second)



Dziwny tytuł, ale nabiera znaczenia w tym czasie Sakuro i chyba jest odpowiednią pozycją w wiosenne dni kwitnienia drzew. Pięć centymetrów na sekundę, tyle wynosi szybkość z jaką opadają płatki kwiatów wiśni. Kontemplować można wszystko, nawet tak proste zjawiska a Japończycy są mistrzami dotykania zwyczajnych rzeczy w nadzwyczajny sposób.


Ogromne trudno zamknąć fabułę tego anime w kilku zdaniach. Bo można uciec się do spłaszczenia, że przedstawia historię związku Takaki i Akiry na przestrzeni kilku lat. Nie jest to jednak prosta narracja do której jesteśmy przyzwyczajeni. To zaledwie migawki z życia, zdarzenia które miały znaczenie ale na płaszczyźnie emocjonalnej. Trzy rozdziały, opowiadają o wzajemnych relacjach tych dwojga w wieku 13lat , następnie około 18 i w życiu dorosłym. Oczywiście tak jak czas gna do przodu tak i związek tych dwojga jest za każdym razem w innym punkcie. Sama akcja ma tutaj drugorzędne znaczenie bo to anime rozgrywa się na płaszczyźnie przeżyć wewnętrznych. Jest sensoryczne, poetyckie, niezwykle uczuciowo rozbudowane. Zachwyca tymi wszystkimi drobnymi z pozoru nieistotnymi szczegółami które składają się na to jak odbieramy wszystko co nam los przynosi. I to atmosfera jest siłą tego obrazu, bo w wątkach można lekko się pogubić.


Główni bohaterowie nieustannie znajdują się w potrzasku przeszkód by być razem. Na początku to czynniki zupełnie niezależne od nich stają na drodze ich związku, potem oni sami stawiają wewnętrzne bariery. I te przeszkody wydają się dużo trudniejsze do pokonania niż odległość.Z całą pewnością odbiór tego obrazu jest ściśle skorelowany z bagażem własnym doświadczeń, czym więcej stycznych przeżyć, tym z pewnością przedstawione zdarzenia będą nam bliższe.

Nie można odmówić "Byousoku 5 cm" wyjątkowości. Nie tylko na płaszczyźnie emocjonalnej, ale także na poziomie wizualnym. Kreska postaci, przyznaje szczerze że mnie nie zachwyciła. Za to wszystko co zostało skonstruowane poza bohaterami po prostu jest przepiękne, tak realistyczne w szczegółach że popadłam w prawdziwy zachwyt, nie tyle nad przedstawianą historią ale w jaki sposób tego dokonano. I to dodatkowo buduje atmosferę tego trudnego w odbiorze, niezwykłego anime. A była to próba uchwycenia tego co się znajduje pomiędzy niebem kwiatów a ziemią, a co się zamyka tylko w tych 5 centymetrach na sekundę. Czy się twórcom udało? Myślę że każdy udzieli innej odpowiedzi. Dla mnie tylko zbliżyli się do istoty rzeczy, ale jej do końca nie przeniknęli. Biorę jednak poprawkę na moją perspektywę zachodniego człowieka, nie do końca styczną przecież z japońską.


Moja ocena 7/10

środa, 2 maja 2012

5tion Rebith



Bardzo się ucieszyłam z tego odkrycia. Powód prozaiczny. Pierwszy raz od dłuższego czasu udało mi się zobaczyć nowy zespół, który mi się spodobał i nie podlegam ograniczeniom prokuratorskim. Panowie już swoje lata mają, co nie znaczy że nie wyglądają, a poza tym naprawdę nieźle sobie radzą. 5tion reaktywowało się po kilkuletniej przerwie, dokoptowało trochę świeżej krwi i wydało nowy mini album "Rebirth" Przyznaje że dość przyjemny, przesłuchałam i oprócz Deep Slow, która wraz z teledyskiem robi wrażenie, oj robi, podoba mi się także bardzo 우리 결혼까지 하자- cokolwiek to znaczy, wklejony w poście jako drugi utwór. Chyba największe wrażenie robią na mnie te rapowane wejścia.
Myślę że warto poświęcić chwilkę panom z 5tion, może i Wam się spodoba to co ostatnio wyprodukowali :)


Deep Slow



우리 결혼까지 하자


I trzeci utwór, który mam wrażenie zrobił na razie największą karierę wśród słuchaczy Papillon

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Kuroshitsuji manga



Przyznaje że nie wpisuje się kanon dobrego wychowania i najlepszy kamerdyner na świecie z pewnością by krytycznym okiem na mnie spojrzał. Kupuje anulak mangę Kuroshitsuji i premedytacją ją czytam, a potem beztrosko jej daje w podarku. Ale dzięki temu, że jest już w Polsce papierowa wersja, przyjemność ze śledzenia przygód Ciela i Sebastiana jest ogromna. Okazji do przeczytania tej mangi nie wolno przepuścić, ponieważ jest moim zdaniem o wiele lepsza a przede wszystkim zabawniejsza niż anime, które miałam okazję wcześniej oglądać.

Sięgnęłam jakiś czas temu po ten tytuł, zafascynowana ilością fanaartów które królują w sieci. Coś musi być w tej historii takiego co ludzi fascynuje, pomyślałam. Fenomen Pana i jego sługi w anime tak do mnie nie przemówił, jak właśnie w mandze.

Ta manga opiera się na kontrastach które tak kochają japońscy odbiorcy. Idealny sługa Sebastian, doskonały pod każdym względem, który jest w stanie każdą sytuacje uratować, każdy kłopot rozwiązać z ogromną gracją a przy tym zachować wszelkie zasady savoir vivre.Ten perfekcjonista z oddaniem służy swemu Panu Cielowi, chłopcu który jest głową potężnego rodu Phantomhive. Ciel tylko posiada wygląd dziecka, jego psychika, zachowanie i stosunek do życia raczej bardziej pasują do zgorzkniałego 60-latka. Prowadzi bardzo dobrze prosperującą firmę a przy okazji rozwiązuje niezwykle trudne i skomplikowane zagadki kryminalne. Jego oddany kamerdyner dzielnie mu pomaga w tych zadaniach. Można by powiedzieć że jest aniołem małego Ciela, ale Sebastian zalicza się raczej do ciemnej strony mocy, bo cholernie dobry z niego demon, nie tylko kamerdyner.


Autorka bardzo sprytnie umieściła akcję w Anglii, co prawda miesza tak wiele spraw i epok, ale nikomu to chyba nie przeszkadza, bo wszyscy są skupieni na Sebastianie i jego wyczynach. To oddany sługa który jest w stanie spełnić wszystkie życzenia, poczynając od najbardziej wymyślnego wyrobu cukierniczego a kończąc na skutecznym unieszkodliwieniu jakiegoś wroga, przy tym jest dokładny, punktualny, elegancki i rozsądny. Tylko napomknę o tym że jest zabójczo przystojny. Któż u swego boku by nie chciał mieć takiego służącego, który właściwie nie dyskutuje ale tylko sugeruje, a wszystko wykonuje po jednym krótkim "Yes, my lord". I jeszcze ten wspaniały kamerdyner ma jedną zaletę, chroni martwi się i dba o swego małego Pana.


Ich związek emocjonalny istnieje z całą pewnością i jest przypieczętowany kontraktem. Autorka ewidentnie ma pewne tendencje do sugerowania że ta wieź, to jest coś więcej, ale spokojnie nie nerwowo, mangę mogą czytać mało domyślne starszaki. Na tych bardziej domyślnych i będących w temacie nie zrobi to wrażenia a się będą dobrze bawić. Gdy się nie ma za sobą całego zaplecza w podobnej stylistyce historii, pewnie nawet by się na te teksty nie zwróciło uwagi. Za to wyobrażam sobie jaką frajdę sprawiają japońskim panienkom.

Poza głównymi postaciami przewija się kilka innych indywiduów , a jednym z nich jest mój ulubiony Pani śmierć. Specjalnie mieszam w rodzajnikach, bo tłumaczenie także to robi. W każdym bądź razie świrus pełną gębą i jak większość czytających także okrutnie zakochany w Sebastianie


Manga, przynajmniej te pierwsze tomy, bardzo sprawnie napisana, jeszcze lepiej narysowana a przede wszystkim pełna humoru. To właśnie ona pozwoliła mi zrozumieć fenomen fascynacji hostami a szczególnie tym jednym, najdoskonalszym. Ma sporo zalet i jedną najzupełniej fizyczną cechę, można ją dotknąć, powąchać papier i przewracać z lubością kartki. Taką frajdę polskim czytelnikom sprawiło wydawnictwo WANEKO.


Moja ocena 7/10

Jang Geun Suk Polska

Niestety Sukkomania w związku z wyświetlaniem nowej dramy Love Rain, mocno u mnie się nasiliła czego wymiernym przejawem jest założenie stronki na facebooku poświęconej Jang Geun Suk'owi. Z choroby mnie nie wyleczy a raczej ją pogłębi, za to będzie można w jednym miejscu ciekawe materiały gromadzić.

Wszystkich serdecznie zapraszam https://www.facebook.com/JangGeunSukPolska


Bishonen



To jest film zanurzony w zeszłym wieku, z jego atmosferą,strojami i fryzurami. Opowiada jednak o rzeczach uniwersalnych, których ani epoka ani środowisko nie determinuje, a które dominują w obrazach z gatunku Boys Love: nieszczęśliwa miłość, brak akceptacji związków gejowskich, czy niestałość partnerów. "Bishonen" mimo wszystko się wyróżnia, po pierwsze ciekawą historią po drugie klimatem.

Młody i piękny, pewny siebie i swego wdzięku, oto jaki jest Jet (FUNG Stephen). Te wszystkie atuty bardzo zwiększają atrakcyjność tego ciała, które codziennie jest wystawiane na sprzedaż.Jet bryluje w przybytku pod wdzięczną nazwą "Zatoka SM", miejsca dla nocnych kowboi, jak to słodko określa jego szef. Dla kontrastu urody Jet'a, widzimy tego przystojniaka najczęściej w ramionach starszych i mocno obleśnych facetów, z kowbojami raczej mało mają wspólnego. Jego wyznanie pt" Jeszcze nigdy się nie zakochałem", w tym kontekście wcale ale to wcale nie dziwi.


Ten stan się jednak zmienia, któregoś popołudnia na ulicy dostrzega pewną parę. Kobietę i mężczyznę, którzy emanują tak pozytywną energią, serdecznością i pięknem, że chłopakowi wystarczy jeden uśmiech posłany w jego kierunku by się w nich zakochać. Śledzi tę parę, ale nie ma odwagi zaczepić ich bezpośrednio. Opowiada całą historię swojemu współlokatorowi. Uczynny kolega, drukuje w gazecie ogłoszenie, że Jet poszukuje tajemniczego przystojniaka z pięknością u boku. Anons nie przynosi rezultatów ale przeznaczenie jednak znowu się odzywa i panowie spotykają się na ulicy. Sam (Daniel Wu), bo takie jest imię tajemniczego mężczyzny, jest policjantem i patroluje ulice Hong Kongu , rozpoznaje Jet'a i proponuje mu później spotkanie.


Chłopak jest jak w amoku, nocami sprzedaje swoje ciało a w dzień umawia się na "randki" z Sam'em. Ale proszę sobie nie wyobrażać za dużo.Są to grzeczne posiadówki z rodzicami ukochanego przy smacznej kolacji i jeszcze ułożone rozmowy na temat życia. Sam nie wysyła jakichkolwiek jasnych sygnałów w kierunku zdesperowanego Jet'a. Ten jednak i tak jest szczęśliwy i coraz bardziej zakochany w opanowanym, spokojnym, miłym a przede wszystkim zmysłowym Samie. Zadowoleni są także rodzice, że syn nareszcie znalazł przyjaciela. Oczywiście nawet w najśmielszych myślach nie podejrzewają że tych dwoje może łączyć coś więcej poza przyjaźnią

Dobry policjant, kochający i uczynny syn, oto jak jest postrzegany Sam. Ogromnie związany ze swoją rodziną a jego szacunek dla matki i ojca determinuje całe jego życie oraz utrzymywanie swoich preferencji w tajemnicy by ich nie ranić. Jego przeszłość kryje jednak mnóstwo mrocznych tajemnic. Odkrywamy, że kilka wątków przewijających się podczas filmu,z pozoru odrobinę oderwanych od głównej historii;, fotografa pornograficznych zdjęć, współlokatora Jet'a, piosenkarza E.S,łączy jedno - niejaki Fai, który obecnie przybrał imię Sam. To tytułowy Bishonen któremu nie są w stanie się oprzeć kolejni mężczyźni. A nieświadomy niczego Jet, w oczach którego Sam sprawia wrażenie niewinnego i lekko zagubionego jest coraz bardziej zakochany.


Przyznaje, od razu po pierwszych kadrach, że i ja się nie oparłam Samowi granemu przez Daniel'a Wu. Jedno, drugie spojrzenie i już było po mnie. Wspominałam już może, że mam słabośc do bishów? Tu ten instynkt zadziałał bez pudła, od razu mój wzrok padł na właściwego.Ma facet coś w sobie, jakąś taką magiczną moc zwracania na siebie uwagi. A to spojrzenie po prostu, rozkłada człowieka na części pierwsze. "Bishonen" to debiut tego aktora i napiszę tylko wielki szacunek w tym temacie, bo rola wymagająca. Zrobił na tyle mocne wrażenie, że dzień po zakończeniu zdjęć dostał następną propozycję i tak od 1998 gra szczęśliwie w wielu filmach. Rola kobieca choć epizodyczna, to tak naprawdę także pozostawiająca niezatarte wrażenie. Kana grana przez SHU Qi, to strażniczka uczucia pomiędzy Sam'em a Jet'em. Piękna, tajemnicza i niedostępna jest obserwatorką toczącej historii. Można tylko żałować, że niewiele się pojawiała na ekranie, bo jej uroda jest ogromnie intrygująca. Pozostali aktorzy, no cóż mam wrażenie, że temat ich czasami przerastał. Chwała jednak reżyserowi że obsadził z wyczuciem główne postacie, bo film właśnie tymi kreacjami stoi.


Muszę koniecznie zacytować pewną kwestię która pojawiła się w tym obrazie a jest kwintesencją postrzegania związków homoseksualnych przez Wschód."Jesteś gejem?" "A Ty?" "Jeśli Ty jesteś, to ja także". Kiedyś może rozwinę temat, ale to wymiana zdań jest tak symptomatyczna, że musiałam na nią zwrócić uwagę.

Film ma sporo wad produkcji azjatyckich, jest niespójny i sprawia wrażenie niedopracowanego, przyznaje że można w kilku miejscach odrobinę się zgubić. Nie zmienia to jednak końcowego wrażenia, że opowieść była ciekawa a przede wszystkim poetycko bardzo dobrze poprowadzona. Co tworzyło niesamowity klimat, który dodatkowo jest wzmocniony głosem narratorki opowiadającej wszystko z perspektywy poszczególnych bohaterów. To wspaniały zabieg, aby do tego świata mężczyzn wprowadzić kobietę. Z takim naciskiem azjatyckiego postrzegania związków i naszego współistnienia tu i teraz. I tym z pewnością wyróżnia się ten tytuł jako bardziej artystyczny niż typowe Boys Love. I dlatego na tle innych filmów akurat z tego gatunku, tak wysoka ocena. No i za Pana Daniela ;)

Link do trailera

Moja ocena 8/10